Czas rozpamiętywania

0
690
views

Przyleciałam wieczorem – właśnie zaczął się weekend.
Mały pokój na strychu z oknem na ocean nie był nam potrzebny.

To była nasza wyspa.

Żaglom rosły brzuchy, gdy zdzierałeś ze mnie
sukienkę. Teraz dotykasz na odległość
kilkuset mil. Odwracam głowę; kołują
utracone chwile.

Boli, jak rana po cesarskim cięciu.
Wypijam kolejną kawę na niespanie,
słuchanie – coś mi podpowiada, że dojrzałam.
Jeszcze nie pora na podobieństwo do świętych
matek.

Nauczyłam się ufać ciemności;
w niej mogę zmieścić wszystkie myśli, nawet
z dzieciństwa – bałam się kiedy gasły latarnie.

Tutejsza cerkiew, nadal straszy szczerbatymi witrażami.
Pachną żywicą karłowate sosny potrząsane wiatrem.
Właściwie nic się nie dzieje – tylko przybyło
bezpańskich psów.

Barbara Mazurkiewicz