Precz z motłochem czyli estetyczna wojna Palikota

0
696
views

Pogarda dla „zacofanego motłochu” – tradycjonalistów spod krzyża pozwala „oświeconemu inteligentowi” Palikotowi poczuć się lepiej. Ale może utopić jego całkiem sensowne pomysły na realny liberalizm w Polsce – pisze Michał Sutowski z „Krytyki politycznej” w felietonie dla Wirtualnej Polski. Czy Janusz Palikot zbuduje własną partię czy tylko straszy Donalda Tuska? A może to wszystko przysłowiowy pic na wodę i poseł z Biłgoraja pracowicie poszerza elektorat Platformy o nową, wyluzowaną klasę średnią? To wszystko szczegóły. Naprawdę liczy się co innego. Gra toczy się o to, czy walkę o świeckie państwo i realny liberalizm w kulturze zawłaszczą ironiczni libertarianie czy zrobi to socjaldemokratyczna lewica. W pierwszym przypadku czeka nas kolejna estetyczna wojna elity z „motłochem”.

Palikot ma oczywiście rację gdy mówi, że wielu ludzi w Polsce nie ma swej reprezentacji politycznej. Na przykład ci, którzy dość mają ideologicznego terroru „kompromisu” katolików liberalnych z fundamentalistami, jaki legł u podstaw III RP. Religia w szkołach, wychowanie seksualne na podwórku, aborcja w piwnicy, nieruchomości w Kościele, taca bez podatku, import samochodów też. Do tego biskupi w roli speców od ginekologii, homoseksualizmu i mrożenia zarodków, o przepraszam, mordowania dzieci. No i jeszcze przemocy domowej, alkoholizmu kobiet i „noszenia swego krzyża”…

Chyba wystarczy. Palikot powiedział to wszystko wprost, dołożył jeszcze testament życia i związki partnerskie – „kulturowa” lewica w zasadzie gotowa. Czy to wielka zasługa? Niewielka – grunt pod jego pomysły przez ostatnie dwadzieścia lat kładły przede wszystkim feministki i kilkoro intelektualistów, może jeszcze Unia Pracy. Poza nimi mało komu chciało się „kopać z koniem”. Ani liberałowie z „Gazety Wyborczej” ani lewica partyjna z SLD nie mieli ochoty na „wojny kulturowe” z Kościołem, który aż do roku 2004 był im bardzo potrzebny. Ktoś musiał z ambony prowadzić owieczki do Unii.

W końcu jednak do Unii weszliśmy, „Wyborcza” zauważyła wreszcie, że subtelni katolicy z krakowskiej ulicy Wiślnej są w naszym polskim Kościele… mało reprezentatywni. A SLD, jak przeszedł do opozycji, przypomniał sobie, że katolickie państwo narodu polskiego to jednak ideał wrogiej im opcji. A potem był Smoleńsk i cyrk wawelski, wreszcie histeryczny spektakl pod krzyżem. Nawet polskie społeczeństwo ma ograniczoną cierpliwość – skrzyknęło się więc kilka tysięcy internautów i postanowiło pokazać, że są dla krzyża lepsze miejsca niż Pałac Prezydencki i Krakowskie Przedmieście. Palikot po prostu wyczuł sytuację i ruszył do ataku. Ma spore szanse powodzenia. To chyba dobrze?

Niedobrze. Cała masa sensownych haseł i pomysłów, jakie mogłyby przynieść Polsce minimum liberalnej przyzwoitości, podszyta jest tu elitarną pogardą dla zacofanej masy. Jako człowiek inteligentny, Palikot rozumie zapewne – dzięki Gombrowiczowi – że spór klasowy Syfona z Miętusem, „obrońcy wartości” z „prześmiewcą” niczego nie zmienia. Pozwala poczuć się lepszym oświeconemu inteligentowi i okazać pogardę „chamowi”, który „z natury rzeczy” ma być zacofańcem i tradycjonalistą. A co z „chamem”? Przykuje się do krzyża, w końcu łaskawie da się wynieść policji spod Pałacu, może zniknie nam z oczu – ale na pewno się nie nawróci na Oświecenie.

„Akcja Krzyż” była dobrą odtrutką na katolicką celebrę, nachalnie obecną w sferze publicznej ostatnich dwudziestu lat. „Jaja z krzyża” (a nawet „jaja na krzyżu”, vide Nieznalska) są dobre na happening – nie mogą być jednak podstawą lewicowej polityki emancypacyjnej. Walka o świeckie państwo, cywilizowaną politykę zdrowotną, liberalną edukację itd. ma służyć rozwiązywaniu problemów społecznych a nie kreowaniu podziału na radosną, wyzwoloną elitę i zacofany motłoch. Obok symbolicznego – koniecznego – upodmiotowienia, legalizacja aborcji ma dać ubogim kobietom te same możliwości, z których dziś de facto korzystają klientki szwedzkich klinik, a nie służyć upokarzaniu zniedołężniałych „obrończyń życia”. Celem wprowadzenia związków partnerskich (małżeństw homoseksualnych?) są godne i równe warunki życia wszystkich ludzi a nie apopleksja abp. Michalika. Edukacja seksualna w szkołach, refundacja antykoncepcji i prawo do eutanazji mają zwiększyć szanse decydowania każdego człowieka o własnym życiu – a nie wywołać rumieńce u redaktorów „Frondy”.

Świeckość państwa i jego dobrze pojęty, kulturowy liberalizm, mają dziś niezłą prasę, dobrą jak nigdy. O tym, czy wesprą one słabszych czy raczej podniosą na duchu silniejszych, zdecyduje nie tylko atmosfera, ale i „drugie skrzydło”. Podatek liniowy (wizja Palikota) czy bezpłatne przedszkola i żłobki? Bez socjalnego wymiaru, który realnie broni przed dyskryminacją, nie wydobędziemy się z błędnego koła estetycznej wojny polsko-polskiej. Bez włączenia do systemu ubogich, wykluczonych i sfrustrowanych będziemy musieli wrócić na stare barykady. Niegdyś Adam Michnik kontra Okopy Świętej Trójcy, dziś Palikot przeciw Krzyżakom… Jeśli za walkę o świeckie państwo i liberalizm nie zabierze się lewica, na placu boju pozostaną nam odizolowane getta: miejskie, polityczne i symboliczne. Kwestią układu sił pozostanie, kto kogo w nich będzie zamykał.

Michał Sutowski specjalnie dla Wirtualnej Polski