45-godzinny tydzień pracy sposobem na kryzys?

0
920
views

Wydłużenie tygodnia pracy do 45 godzin ma być odpowiedzią na brak siły roboczej w Niemczech. Czy państwo, które w 1990 roku rekordowo skróciło pracownikom przemysłu metalurgicznego czas pracy do 35 godzin, dwadzieścia lat później zrobi zwrot w przeciwnym kierunku?

Biorąc pod uwagę fakt, że w nadchodzących tygodniach liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadnie poniżej 3 milionów, wielu ekonomistów uważa za konieczne wydłużenie tygodnia pracy. W artykule w dzienniku „Bild” z soboty 23 października Klaus Zimmermann, dyrektor Instytutu Badań Gospodarczych (DIW) stwierdził, że „37,5 albo 38 godzin tygodniowo to już przeszłość. Czas pracy może wzrosnąć do 45 godzin tygodniowo”. Wylicza trzy dziedziny, które ze względu na brak siły roboczej natychmiast wymagają takiej reformy: obróbka, obsługa medyczna i opieka domowa.

Przyklaskują mu inni specjaliści. – Nie możemy dłużej pomijać problemu, jakim jest wydłużenie czasu pracy. To powinno być 42 lub 45 godzin tygodniowo – utrzymuje Ulrich Blum, prezes Instytutu Porządku Gospodarczego w Halle (IWH). Oczywiście część przedsiębiorców i szefów firm natychmiast podchwyciła wątek. – Czterdziestopięciogodzinny tydzień pracy powinien stanowić normę – komentuje w „Bildzie” Ursula Frerichs ze stowarzyszenia przedsiębiorców UMW, które już tego lata postulowało skrócenie urlopów pracowniczych. – Problem braku siły roboczej nie da się rozwiązać przez zatrudnianie zarejestrowanych bezrobotnych czy starszych pracowników – twierdzi Josef Schlarmann, prezes związku przedsiębiorców związanego z CDU. Już teraz prawo pracy pozwala pracować do 48 godzin tygodniowo…

Powyższe deklaracje pojawiają się w szczególnym kontekście. Aby bezrobocie dalej malało, wzrost gospodarczy w Niemczech, wyjątkowo wysoki w 2010 (około 3,4 proc.), powinien w 2011 roku zmniejszyć się, ale pozostać wysoki (między 1,8 a 2 proc.). Nawet jeśli niski przyrost naturalny nie przekłada się jeszcze na mniejszą liczbę osób wchodzących na rynek pracy, wielu pracodawców skarży się już na brak rąk do pracy. Zdaniem rządu 300 tysięcy stanowisk pozostaje nieobsadzonych, izby handlowa i przemysłowa mówią o 400 tysiącach wakatów, zaś wedle Instytutu Badań Gospodarczych nie ma kandydatów na 500 tysięcy posad. Najbardziej pożądani są inżynierowie i specjaliści w technologiach komunikacji, poszukuje się też pilnie przedstawicieli zawodów medycznych i paramedycznych.

Może trzeba więc pomyśleć o późniejszych emeryturach? Rozważa się wszystkie rozwiązania: wydłużenie czasu pracy, ale także przesunięcie wieku emerytalnego do 70. roku życia. Taki postulat wysunął już kilka miesięcy temu instytut KIW. Oczywiście byłyby możliwe inne rozwiązania, przede wszystkim zatrudnianie imigrantów. Jednak w panującej dziś atmosferze islamofobii ten pomysł jest szczególnie niepopularny. Przewodniczący CSU Horst Seehofer powiedział wprost, że kraj nie potrzebuje osób „przybyłych z obcych kultur”.

Inna sprawa, że Niemcy wcale nie są już dla przybyszów atrakcyjnym krajem – rocznie przyjeżdża tam mniej niż 30 tysięcy wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej. To bardzo mało, na dodatek zaledwie 200-300 z nich można określić jako wysoko wykwalifikowanych. „Niemcy chcą Hindusów, ale Hindusi nie chcą tu przyjeżdżać” – stwierdza z goryczą gazeta „Süddeutsche Zeitung” (23-24 października).

Powrót wzrostu gospodarczego, zmniejszające się bezrobocie i brak wykwalifikowanej siły roboczej nie znaczy, że rynek pracy jest jednolity i że wszędzie obowiązuje optymizm. Wedle oceny pięciu instytutów badań gospodarczych, które 14 października przewidziały dwuprocentowy wzrost gospodarczy w 2011 roku, niepewność zatrudnienia zmniejszy się marginalnie. W przyszłym roku 4,8 milionów osób będzie musiało pozostać przy formule „mini-job”, czyli pracy krótszej niż 20 godzin tygodniowo, płatnej poniżej 400 euro miesięcznie.

Frederic Lemaitre