Dziennik emigranta: John Grisham The Confession (Spowiedź)

0
958
views

31.01.2011 Torquay

Dziennik emigranta: John Grisham: The Confession (Spowiedź)

Dzisiaj udało mi się skończyć świetną książkę. Tak jak podaje tytuł dzisiejszego bloga, to książka Johna Grishama o tytule który można przetłumaczyć jako „Spowiedź”. To powieść o amerykańskim systemie sprawiedliwości w jej najwyższym stadium – czyli o karze śmierci. Pokazuje ona system, w którym w mocy prawa skazuje się ludzi na najwyższy wymiar kary. Grisham zastanawia się, co się stanie gdy prawo skaże niewinnego człowieka. A potem go z zimną krwią pozbawi życia.
Rzecz się dzieje w Teksasie i Kansas – dwóch stanach, gdzie kara śmierci jest przewidziana prawem.

W książce autora bestsellerów chorujący na raka więzień przychodzi do pastora i chce się wyspowiadać ze zbrodni. Ze zbrodni, którą popełnił prawie dziesięć lat temu, ale ktoś inny ma za nią odpowiedzieć własną głową. Pastor nie wie co zrobić, ale ewentualnie pomaga choremu człowiekowi zrobić w końcu dobry uczynek na kilka miesięcy przed jego śmiercią. I próbuje wygrać z czasem – czasem któremu czekającego na egzekucje zaczyna gwałtownie brakować.
Pięćset mil dalej w Teksasie młody czarnoskóry chłopak (mający 27 lat) Donte Drumm, oskarżony o mord i gwałt czeka spokojnie na egzekucje. Wie, że szanse na przeżycie następnych paru dni są nikłe. Już nie czeka na cud. Stracił wiarę, choć kiedyś był blisko kościoła. Ale po dziewięciu latach walki o dobre imię i wolność, stracił wiarę, że coś się zmieni.
W miarę jak kartki książki się przesuwają przed oczami dowiadujemy się, że proces Donte’go był co najmniej nieuczciwy. Nigdy nie znaleziono ciała (w Teksasie obowiązuje prawo zezwalające na oskarżenie bez namacalnych dowodów zbrodni – w tym wypadku trupa), wymuszono na nim zeznanie siłą szantażu, perswazji i kłamstw na komisariacie. Do skazania przyczyniły się też zeznania byłego chłopaka, dziewczyny którą rzekomo zamordował oraz świadectwo rzezimieszka, znanego łgarza, który kłamał pod przysięgą po to, żeby samemu wyjść szybciej z więzienia. Cała ława przysięgłych była biała – tak jak ofiara, w przeciwieństwie do Donte’go – czarnego chłopaka, który nigdy wcześniej nie był karany, podpory lokalnej drużyny sportowej, członka kościoła. Chłopaka lubianego i pod wszelkimi kątami normalnego. A żeby już przekonać was, że cały proces był sfingowany – sędzina i prokurator mieli romans, który doprowadził do dwóch paskudnych rozwodów i złamał karierę sędzinie (ale nie prokuratorowi).
Grisham na stronach swej powieści oskarża system, który nie baczy na fakty, w którym fabrykuje się dowody. Dostaje się każdemu – od policjantów, który wymusili zeznanie, poprzez prokuratora, który nie miał żadnych innych dowodów oprócz wspomnianego zeznania. Sędziny, która popełniła kardynalne błędy i która nie była obiektywna. Obrywa się gubernatorowi, który popularność zyskał na obietnicy wyczyszczenia kolejki osób do komory gazowej, poprzez zwiększenie częstotliwości jej użycia (co jest zapewne aluzją do Georga Busha – poprzedniego prezydenta USA, który będąc gubernatorem Teksasu przez sześć lat posłał do komory 152 osoby – najwięcej w nowoczesnej historii tego stanu). Winnym jest też sąd apelacyjny, który nie dopełnił obowiązków. Jak mówi Robert Flak, obrońca Donte’go przez całe dziewięć lat: tej pomyłki dało się uniknąć. Bo to była wina poważnego zaniedbania na każdym kroku, przez wszystkie osoby w systemie sprawiedliwości.
Grisham twierdzi, że takie pomyłki – gdzie pozbawia się życia w majestacie prawa – zdarzają się. Winny jest system, w którym sędziowie, prokuratorzy i gubernatorzy są wybierani przez społeczność. Którzy obiecują sprawiedliwość – czyli surowy wymiar kary. A ludzie przestraszeni tym co się wokół nich dzieje, raz że bronią prawa do noszenia broni 1, dwa zaciekle walczą o utrzymanie kary śmierci.
Grisham nie rozprawia się nad moralnością tej kary. Czy możemy zabijać w imię prawa? Odpowiedź zostawia czytelnikom, na ostatnich stronach daje kilka nazw organizacji w Teksasie, które robią wszystko, żeby zmienić to prawo. Każdy może się zapisać. Mnie dało do myślenia jedno zdanie, które mniej więcej brzmi tak: więzienie, w którym czeka się na śmierć, jest piekłem dla tych którzy tam przebywają – morderców, gwałcicieli i im podobnych, wyobraźcie sobie jak się czuje tam osoba niewinna. Niezapomniane są także opisy tego co się dzieje w głowie niewinnego chłopaka przez dziewięć lat pobytu w celi śmierci (bo średni czas, który więzień tam przebywa to prawie dziesięć lat). Autor też pisze o kosztach procesów śmierci – że są one astronomiczne – i podaje przykład jednego procesu dwóch braci, który kosztował więcej niż sto lat trzymania więźnia w więzieniu (koszt roku pobytu osadzonego to 30 tysięcy dolarów). Zwłaszcza w momencie wychodzenia z kryzysu, trzeba byłoby się zastanowić czy nie lepiej byłoby coś zmienić.

Jeślibyście mnie zapytali to bym powiedział, że jestem przeciwko karze śmierci. Po pierwsze dlatego, że jeśli ktoś odbiera życie innym, to nie dba o swoje życie także. Więc to nie jest dla nie go kara. To jest kara zbyt niewspółmierna, za mała. Po drugie orzekanie kary śmierci to jest porażka wymiaru sprawiedliwości. Bo śmierć za śmierć nie odda ofiarom życia. Po trzecie uważam, że osoby, które dopuściły się takich zbrodni powinni przez całe życia pokutować. I wolałbym, żeby to życie było długie i bolesne. Niech tyrają do końca życia. Gdzieś w kamieniołomach, niech robią coś pożytecznego. Niech po długim dniu roboty, w trudnych warunkach niech ich bolą plecy, a najlepiej całe ciało. Niech ich życie będzie nic nie warte. Żeby po tym jak zaharują się na śmierć naprawdę żałowali. I wtedy to może byłaby kara adekwatna do zbrodni, chociaż w jakimś tam stopniu. Bo przecież nie da się wynagrodzić w jakikolwiek sposób morderstwa. Nie da się wyznaczyć ceny za taką zbrodnie. Bo kara śmierci na pewno nie jest wystarczająca.

Artur Pomper