Dziennik emigranta: moda na bycie ekologicznym

0
638
views

07.02.2011 Torquay

Dziennik emigranta: o modzie na bycie zielonym

Przez Wielką Brytanię przetacza się najpowolniejsza ze światowych rewolucji – moda na bycie zielonym. Zaczyna się ona od momentu w którym wstajesz z łóżka, a kończy na tym, na czym zasypiasz. Dziś bowiem nie wystarczy być – liczy się także carbon footprint, czyli to jak wpływamy na naszą planetę.

A zaczyna się od tego jaki budzik cię obudzi. Firma Roberts, znany producent odbiorników radiowych była jedną z pierwszych, które dostrzegła ten nieznany wcześniej segment rynku. Bo przywykło się myśleć o osobach, które chcą być jak najbardziej zielone, że one skupiają się na żywności. A to jest dopiero początek. Radio Robertsa to model napędzany korbką. Nie potrzeba więc energii z gniazdka. Kilka ruchów i możesz słuchać radia, gdy przeglądasz poranną gazetę. I to radyjko może cię rano obudzić. Wkładasz na nogi pluszowe kapcie, oczywiście z organicznie pędzonych baranków, które beztrosko pałętały się gdzieś na pobliskich wrzosowiskach. Doszedłeś do pojemnika z kawą – która nie dość, że została wyhodowana bez użycia pestycydów, ale także większą część zysków z jej uprawiania wraca do rolników. Fairtrade jest modne. Tosty – mąka musiała być zmielona w jednym z zabytkowych, działających bez użycia elektryczności młynach wodnych, najlepiej gdzieś w pobliżu. Zresztą sama elektryczność została wyprodukowana dzięki fotoogniwom zamieszczonym na dachu, wspomaganych małą wiatrową turbinką. Tosty i kawa zrobiona, czas na jajecznicę. Jajka pochodzą od sąsiadki, która kupuje emerytowane nioski z fermy, żeby dać im pod koniec swojego życia trochę wolnego – u niej pałętają się po ogrodzie, srając ile wlezie pod nogi. Ale jakie to ekologiczne. I humanitarne!
Po śniadaniu trzeba się niestety ubrać. Całe odzienie musi pochodzić ze sprawdzonych źródeł, nie daj Boże, żeby przy szyciu pracowały dzieci gdzieś w Chinach lub w Wietnamie. Nie! Płacimy za to, więc wymagamy dobrych płac dla wszystkich. Jesteśmy ubrani? Jedziemy do pracy. Autobus? Pociąg? Na pewno nie samochód. No, w najgorszym wypadku Toyota Pirius, z napędem hybrydowym, na pewno nie jakaś wielka limuzyna. Dziś nie pada – wsiadamy na rower. Jeśli mieć w garażu Porsche – to tylko rower wchodzi w opcje. Dojechaliśmy po pół godzinie – wszak mężczyzna, który nie spocił się w ciągu dnia – nic pożytecznego nie robił.
Nasz biurowiec to szczyt oszczędności, tak naszpikowany elektroniką, żeby jak najmniej energii zużyć, a na dodatek woda, którą spłukujemy w toalecie to nic innego jak deszczówka, zmagazynowana przez ostatni mokry tydzień. Na szczęście dziś udało nam się wygospodarować chwilę na lunch – więc idziemy do baru sałatkowego na parterze naszego budynku. Właściciel zapewnia, że wszystkie produkty pochodzą z najbliższej – dziesięciokilometrowej okolicy i zaciera ręce, gdy płacisz za drakoński rachunek. Ekologia nie jest tania. Czyste sumienie musi kosztować.
Powrót do domu. Niestety w korkach, choć dzięki rowerowi można trochę pooszukiwać – tu zjechać na chodnik, tu przejechać przez park w poprzek. Znowu jesteśmy spoceni. Zadowoleni wchodzimy do domu. Zanim podadzą nam kolację trzeba wziąć prysznic. Pamiętając, żeby nie stać pod nim za długo – dziesięć minut prysznica to tyle samo zużytej wody co pełna wanna! Znów jesteśmy czyści, świeży i wypoczęci. Kolacja podana.
Dziś wołowina, najlepszy stek, oczywiście od farmera za miastem, a nie ta z Tesco, co przebyła pół świata z Argentyny, zanim trafiła do sklepu. Wołowina od uśmiechniętych krów, karmionych najlepszą, oczywiście organiczną kukurydzą. I co z tego, że mięso jak tak ekologiczne i wydawałoby się zdrowe – kochana połowica zapłaciła za nią małą fortunę – można by spokojnie wyżywić za to gromadkę dzieci w sierocińcu. A ona niestety ją przypaliła. Zamiast średnio wypieczonej dostałeś podeszwę, której ani pokroić, ani przeżuć. Cały dzień było się dobrym dla środowiska, używało się jak najmniej paliw kopalnych i zasobów naturalnych. A tu stek nadal jest niejadalny. Porażka.

Dziś można już żyć tak, żeby mieć jak najmniejszy odcisk dwutlenku węgla. Ale nie jest to tanie. Nie jest to więc dla wszystkich. Nie każdego stać na takie fanaberię, więc co znaczy wkład elitarnej garstki ludzi, którzy ze względu na nieliczność nie będą w stanie zmienić naszych nawyków. Na razie niewiele. Jeśli pracująca mama ma wybrać kawałek mięsa dla niej i dzieciaków za 5 funtów, a taki sam za 20, które wybierze? Jak myślicie?
To co każdy z nas może zrobić, to w zasadzie niewiele. Można zainstalować urządzenia, które będą mniej zużywać prądu czy wody. Można przemyśleć, gdzie da się zaoszczędzić parę litrów wody. Kolektor słoneczny? Owszem, ale kto wie ile panele będą nam służyć. Poza tym wciąż są mało wydajne. Stosunkowo tanio, można zbierać deszczówkę, czy zrobić sobie przydomowy kompostownik, żeby nawozić nasze grządki albo, co bardziej prawdopodobne – nasze doniczki. Ale kogo stać na elektryczny samochód? Nie wszędzie dojeżdża komunikacja zbiorowa, która jest trochę wydajniejsza niż pojedynczy spalinowy samochód. Jak to wszystko pogodzić. W Wielkiej Brytanii rozgłośnie radiowe działają w systemie DAB, cyfrowej radiofonii. Tylko mało kto wie, że radio z systemem DAB zużywa od 4 do 6 razy więcej energii niż zwykłe radio na fale FM. Chciałbyś wziąć je na piknik? W połowie najciekawszej audycji na pewno się skończą. Elektryczne samochody? Owszem, ale energię elektryczną też jakoś trzeba wyprodukować. Energia odnawialna jest wciąż bardzo droga. Ile można postawić wiatraków? Ile fotoogniw? Zwłaszcza w klimacie umiarkowanym.

A ty? Jaki jest twój odcisk?
Artur Pomper