Dziennik emigranta: ostatni dyktator Europy

0
720
views

23.02.2011 Torquay
Dziennik emigranta: ostatni dyktator Europy
Polska ma to nieszczęście, lub jak wolą niektórzy szczęście, że leży w Europie Środkowej.

Wiąże się to z tyloma atutami co niedogodnościami, które kształtowały naszą historię od początków państwowości polskiej. Pozostałościami po chwale Rzeczpospolitej są mniejszości naszych rodaków rozsiane po znacznej części naszej planety. I pomimo tego, że mieszkamy w Europie, to nie wszyscy nasi rodacy mają to szczęście mieszkać w wolnym i demokratycznym kraju jaka jest nasza ojczyzna. Nie trzeba daleko szukać, tuż za miedzą, jak można nazwać granicę, jest kraj, ostatni kraj w Europie posiadający dyktatora z krwi i kości. Mowa oczywiście o naszym wschodnim sąsiedzie – Białorusi. A wszystko dzieję się przez ichniejszego prezydenta.

Aleksandr Łukaszenka jest prezydentem Białorusi od 1994 roku, kiedy to wygrał wybory prezydenckie w drugiej turze głosowania. Pokonał on wtedy wszystkich kandydatów, którzy mówili o niepodległej Białorusi. Łukaszenka przekonał wyborców, że on będzie najlepszym gwarantem dobrobytu dzięki połączeniu Białorusi z Rosją. Ma wykształcenie nauczycielskie o specjalności historia nauki społeczne i ekonomia, był pracownikiem KGB jako instruktor polityczny, był też dyrektorem kołchozu.
Jako deputowany do parlamentu sprzeciwiał się niepodległości Białorusi i poparł puczystów przeciwko prezydentowi Gorbaczowowi, nie zgadzał się na rozwiązanie Związku Radzieckiego.

W polityce wewnętrznej skupił się na akumulacji władzy we własnych rękach, niszczeniu opozycji, dzięki sfałszowanych wyborach i referendach zlikwidował niezależny parlament i przedłużył swoje kadencje. Oskarża się go o łamanie praw człowieka, manipulację wyborami, nie liczenie się z mniejszościami (głównie Polakami mieszkającymi na Białorusi).
W polityce zagranicznej popierał Slobodana Milosewica z Serbii nazywając akcję NATO bezprawną, wyrażał się ciepło o Saddamie Husajnie i Muamarze Kadafiim oraz o przywódcach Korei Północnej. Sprzeciwiał się inwazji na Irak oraz Afganistan, negował czystki etniczne w Kosowie.
Przez dłuższy czas pielęgnował przyjazne stosunki z Rosją, dzięki czemu Białoruś płaciła najmniejszą cenę za gaz z Rosji. Chciał przyłączenia Białorusi do Rosji i stworzył wraz z Rosją Związek Białorusi i Rosji – odpowiedź na upadek ZSRR, Białoruś jest także członkiem Wspólnoty Państw Niepodległych. Ochłodzenie stosunków nastąpiło w 2007 roku, gdzie doszło do wstrzymania przesyłu gazu do Białorusi przez Gazprom. Teraz Białoruś wciąż płaci najniższą cenę w Europie, ale jest już tylko połowę taniej niż w Polsce (a było sześciokrotnie taniej!).

Unia Europejska, Polska i pozostałe kraje europejskie same nie wiedzą co zrobić z Białorusią. Polska chciałaby, żeby Białoruś była bardziej niezależna od Rosji, chciałaby wprowadzenia prawdziwej demokracji a nie jej namiastki. Z otwartymi rękami widzielibyśmy Białoruś jako bogate, kapitalistyczne państwo z którym można robić dobre interesy. Ze spraw bardziej prozaicznych Polska domaga się poszanowania praw polskiej mniejszości narodowej. zamieszkującej Białoruś. Kolejne rządy, tak jak w przypadku Litwy w zasadzie nie zyskały dotychczas nic lub prawie nic. Pomimo tego, że to Polska w Unii Europejskiej ma prawie monopol na opracowanie strategii wobec wschodnich sąsiadów Unii wciąż nie udało się wprowadzić jednego stanowiska, które miało rację stanu i poparcie wszystkich członków wspólnoty. Co jakiś czas Europa sobie przypomina o Białorusi i jej obywatelach oraz fakt, iż Łukaszenko jest dyktatorem, chciałaby coś zmienić, ale nie wie jak. Nic się nie zmienia. I w najbliższym czasie nie widać żeby cokolwiek się zmieniło. Duża w tym zasługa Rosji, która jest zabezpieczeniem Białorusi, a Europa przespała ważny moment, kiedy zatargi na linii Moskwa-Mińsk były największe i dałoby się coś zrobić.
Na razie nie widać, żeby wydarzenia w krajach arabskich zainspirowały Białorusinów, bo tylko oni mają realną szansę coś zmienić. Ani Zachód, ani też Wschód nie widzą najwyraźniej problemu.

www.ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper