Dziennik emigranta: o nieśmiertelności

0
580
views

25.02.2011 Torquay
Dziennik emigranta: o nieśmiertelności
Niedawno w magazynie TIME przeczytałem ciekawy artykuł o tym, że już za 35 lat człowiek będzie mógł żyć wiecznie – jeśli postęp w dziedzinie komputerów się utrzyma.

Wtedy bowiem człowiek wymyśli maszynę, która będzie mądrzejsza od całej ludzkości.
W artykule napisano, że postęp w dziedzinie komputerów jest tak duży, że za niedługo będziemy mieć już nieograniczone możliwości w ingerowaniu w ciało człowieka, dzięki nanotechnologii, że nie będziemy się musieli już bać żadnych chorób, a co więcej nasze ciało będzie mogło stać się nieśmiertelne. Profesor Raymond Kurzweil – jest piewca „Singularity” (proszę mi wybaczyć, ale nie odważę się na spolszczenie tego terminu). Singularity to moment, w którym sztuczna inteligencja przewyższy poziomem intelektualnym całą ludzkość. Skończy się wtedy nasza era – era człowieka, a zacznie era komputera.

Nieśmiertelność to z jednej strony szalenie pociągająca wizja, a z drugiej niesamowicie niebezpieczna. Kiedyś czytałem, że w kulturze indyjskiej, osoby, które były uważane za nieśmiertelne to najsmutniejsze osoby na świecie. I ten ich smutek był widoczny od momentu urodzenia. Bo nieśmiertelność wcale nie jest taka fajna, no, chyba że jesteśmy bezdusznymi psychopatami i nie obchodzi nas los innych osób.
Bo czy sensem istnienia człowieka jest dobre spędzenie czasu jaki nam był dany? Jeśli tak, to jakakolwiek ingerencja w długość tego czasu będzie oszukiwaniem? Nieprawdaż. A jeśli tak – to czy można dobrze spędzić czas oszukując samych siebie? Czy istotą człowieczeństwa nie jest to, że umieramy. To że umieramy to jedna z niewielu rzeczy, które łączą każdego człowieka na ziemi – niezależnie od religii, statusu materialnego, kasty, czy grupy etnicznej. Bawienie się w nieśmiertelność jest niebezpieczne z innego powodu. Większość ludzi, których poznałem w pracy opiekuna środowiskowego jest pogodzona ze swoim życiem. Znaczna część uważa, że już jest najwyższa pora zejść z tego padołu. Oczywiście to w znacznej mierze wina tego, że ich zdrowie nie jest najlepsze i narzekają na różne dolegliwości. Ale nie sądzę, żeby możliwość życia bez chorób zmieniłaby ich podejście do życia wiecznego.
Kiedyś opiekowałem się prawie niewidomą staruszką. Miała ponad osiemdziesiąt wiosen, miała raka piersi i poważnie potłuczone ramię, które z racji wieku, oraz cukrzycy za nic nie chciało się zregenerować, przynajmniej w takim stopniu, żeby jej nie bolało. Ta urocza starsza pani spędzała całe poranki i wieczory w modlitwie do Boga, żeby łaskawie pozwolił jej już odejść. Uważała ona, że przeżyła swoje życie dobrze, i że już ma dość. Pomimo tego, że spotkałem tą osobę ponad 2 lata temu pan Bóg nadal nie wysłuchaj jej modlitw. Miałem też innych pacjentów, którzy także chcieli pożegnać się ze światem, ale samobójstwo nie jest dla nich wyjściem. Pracując w tym zawodzie już dawno doszedłem do wniosku, że eutanazja nie tylko powinna być zalegalizowana. Ja uważam, że eutanazja powinna być w kanonie praw człowieka. Zapisanym prawem. Skoro mamy prawo do życia, powinniśmy mieć prawo do śmierci.
Z drugiej strony obawiam się, że nawet największy postęp w medycynie nie wykreuje sprzężenia zwrotnego – jakiejś nowej choroby, o której nigdy nikt nie słyszał. I wszystkie dostępne środki zawiodą. Wirus grypy jest najlepszym przykładem, że medycyna nie jest jeszcze wszechmocna. I choć moment w którym technologia i maszyny będą mogły mieć decydujący wpływ na nasze życie przybliża się w zastraszającym tempie – to ja jestem spokojny.

Nie takie rzeczy nasza Ziemia przetrwała w swojej historii, żeby się przejmować superkomputerem. Jedyna tylko obawa mnie się w głowie rysuje – jeśli tak by się stało i stworzymy ten komputer i nasza kochana Ziemia jakoś sobie z nim poradzi – to czy ostanie się jeszcze jakieś miejsce dla ludzi?

www.ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper