Dziennik emigranta: koniec Kadafiego?

0
618
views

Kadafi broni stolicy przed atakiem rebeliantów
Stało się! Libijscy powstańcy, rebelianci – czyli inaczej mówiąc przyszły rząd wraz z wojskami weszli do Trypolisu.

Co więcej, wydaje się, że nie napotkali takiego oporu jaki był spodziewany. Podobno szef ochrony miasta sprzedał się powstańcom. Podobno miał na pieńku z Kadafim od dawna. Wiadomości są dobre dla powstańców – pojmali oni synów dyktatora (ale ich nie upilnowali) oraz zajęli budynki rządowej telewizji. Kadafi jeszcze się nie ujawnił. Nie wiadomo gdzie jest, a nawet czy żyje. Rzecznik powstańców zapowiedział amnestię, dla tego, który wyda pułkownika, albo przyniesie dowód jego śmierci. Pętla się zaciska coraz bardziej. Z drugiej strony Kadafi nie byłby przywódcą przez 42 lata gdyby nie miał planu zapasowego. Może nie jest on wybitnym wojskowym, ale chyba nawet on nie podejrzewał, że uda mu się podporządkować rebelię? Zwłaszcza gdy Zachód zaczął pomagać? Na pewno zrobił plany na każdą ewentualność. Pozostaje czekać. Jednak znalezienie pułkownika to zaledwie początek. Nowy rząd będzie miał nie lada zadanie do zrobienia. Libia jest w nie najlepszym stanie. Odbudowa potrwa lata.

Bo do zrobienia jest wiele. Najpierw trzeba odbudować zniszczenia tej wojny domowej. Przecież te naloty wyrządziły też szkody. A to dopiero początek. Wprawdzie Libijczycy są jednym z najbogatszych narodów Afryki, to nie wszyscy mają dostęp do bogactwa pochodzącego z ropy naftowej i gazu ziemnego. Są grupy wykluczone z podziału dóbr. O ile Kadafi wpompował gigantyczne pieniądze w infrastrukturę kraju, ale wszystko powoli się kruszy i niszczeje, bo nikt nie zadbał o to, żeby właściwie serwisować wszystkie urządzenia. Tak samo jest z niszczejącym arsenałem wojskowym (część z niego pojawiła się w Strefie Gazy ostatnio), jak i ze szpitalami i innymi urządzeniami. Libia kupowała co popadnie, ale zapominała o serwisowaniu wszystkiego. A technologia nie znosi takich braków. Najgorsze jest to, że nie ma kto się tym zajmować. Nie ma ludzi do tego przeszkolonych. A przecież nie da się wszystkich techników i mechaników przywieźć zza granicy. To niewykonalne.

To właśnie Kadafi zapewnił pieniądze z bogactw naturalnych – jako pierwszy przełamał monopol kompanii naftowych i narzucił im swoją wolę. Dzięki temu przez tyle lat udawało mu się stać na szczycie – dzięki umiejętnemu rozdzielaniu owoców naftowego biznesu. Zgodnie z zasadą dziel i rządź.
Ale rozwój kraju jest nierównomierny. Owszem jest lepiej niż w innych krajach, ale mogłoby być znacznie lepiej niż jest. Panuje duże bezrobocie, którego przyczyną jest również zagraniczna siła robota. Nikt nie wie dokładnie ilu cudzoziemców pracuje w Libii, ale jest duża liczba – może nawet ponad milion osób. W sześciomilionowym kraju to dużo. Jednocześnie młodzi ludzie nie mogą znaleźć dobrej pracy. W poprzednich latach reżimu Kadafi uspokajał problemy rozdzielając pieniądze i posady w aparacie państwowym. Ale dla wszystkich nie starczyło. Poza tym większość z tych stanowisk jest mało produktywna. Gospodarka Libii nie jest najbardziej wydajna. Większość produktów żywnościowych trzeba sprowadzać.

Trzeba będzie w końcu zająć się zmianą monokultury gospodarczej. Większość pieniędzy pochodzi ze sprzedaży ropy naftowej i pochodnych, ale Libia to wielki kraj. Trzeba stworzyć nowe miejsca pracy. Turystyka może być jedną z gałęzi gospodarki mającą duże znaczenie. Wybrzeże Morza Śródziemnego jest tam niezwykle urokliwe, ale w porównaniu z innymi krajami jest prawie nieodkryte. Brakuje infrastruktury (hoteli, sklepów, rozrywki) – zabytki już tu są. Z pewnością potrzebne i możliwe są inwestycje w uprawę płodów rolnych. Choć tylko niewielki procent ziemi nadaje się pod uprawę, z pewnością można je lepiej niż dotychczas wykorzystać.
Dużą szansą są Libijczycy rozsiani po wszystkich zakątkach globu. To oni, jeśli wrócą, albo zaczną inwestować swoje pieniądze w rozwój swojej ojczyzny są szansą dla kraju. Prawdopodobnie najlepszą jaką to państwo posiada. Po upadku reżimu Kadafiego z pewnością część z nich powróci. Na pewno będą mieli coś do roboty.

Artur Pomper