Tusk i ACTA

0
718
views

Państwo pod obstrzałem hakerów. Utrata zaufania w oczach obywateli, nikt się nie spodziewał, że taki mały akt prawny, taka niewielka zmiana w prawie, tak niewinnie wyglądająca, wywoła prawdziwą burzę. Przecież same ustalenie skrzętnie ukryto wśród aktów prawnych o rolnictwie, tak żeby nikt tego nie wyniuchał.Ale nikt przy zdrowych myślach chyba nie wyobrażał sobie, że to nowe prawo przejdzie bez echa. Premier Tusk niegdyś oświadczył, że nic się nie zmieni w polskim internecie bez osób zainteresowanych. I co? Po raz kolejny złamał słowo rozmawiając tylko z jedną stroną konfliktu. Ale tym razem nie obiecał czegoś biednym, schorowanym pacjentom, albo emerytom czy rolnikom. Tym razem nie dotrzymał obietnicy grupie ludzi, która sama umie walczyć o swoje prawa. I oni odpowiedzieli atakiem na próbę ataku. I tak padła internetowa strona rządowa…. Jeszcze niedawno premier chwalił się, że sukcesem polskiej prezydencji było stworzenie nowego prawa umożliwiającego zwalczanie komputerowego piractwa. Premier obiecał Polakom debatę na ten temat, choć już pół roku temu wiedział, że nowe prawo nie jest zbyt dobre. Ale obiecał prawdziwą, rzeczową debatę z zainteresowanymi – czyli z osobami korzystającymi z internetu. I jak zwykle nie dotrzymał swojego słowa. Odpowiedź przyszła szybko i była bolesna dla premiera. Hakerzy zajęli się stronami należącymi do rządu. Padła strona premiera, sejmu, ministerstwa spraw zagranicznych i Bóg wie czego jeszcze. Na dodatek przez polskie miasta przeszła fala protestów – może niezbyt dużych, ale za to medialnych. Jednak atak na polskie państwo wirtualne był mocny. Okazało się, że państwo jest bezsilne wobec ataku na jego przestrzeń wirtualną. Atakujących nie zniechęciło nawet prawo, które mówi, że za takie czyny grozi do 8 lat pozbawienia wolności. Dlaczego nie zniechęciło? Bo polskie państwo nie po raz pierwszy pokazało, że tę część rzeczywistości delikatnie mówiąc olewa. Aż strach myśleć, gdyby jakieś państwo postanowiło sprawdzić naszą obronę sektora internetowego – tak naprawdę. Albo jacyś terroryści. A przecież nie od dziś wiadomo, że to będzie pierwszy cel ataków – internet, sieć i wszystko co jest do niej podłączone. Projektowane strony internetowe to może nie jest problem, ale przecież komputerami steruje się przepływem energii, pociągami, giełdą… Na pocieszenie trzeba dodać, że nawet Amerykanie się nie oparli atakowi po tym, jak zajęli stronę MegaUpload, ale to małe pocieszenie. Nasz kraj jest bezbronny. A zostaliśmy ostrzeżeni gdy kilka lat temu niewiadomi sprawcy zaatakowali Estonię. Czy premier spodziewał się, że takie problemy będzie miał po uzgodnieniu ACTA? Z pewnością nie. Jednakże jestem święcie przekonany – uważał, że skoro do tej pory ludzie nie protestowali, to tym razem też się nie skuszą. Może po wygranych wyborach czuł się niezwyciężony? Jakże się pan Tusk przeliczył. Nie wiem z czego wynikało to przekonanie. Przecież nikt zdrowy na umyślę, nie wyobrażał sobie, że ten akt – akt wrogi wolności internautów, przejdzie bez odzewu tychże internautów. Nie dziwi mnie idea tego nowego aktu prawnego. Po zamachach na WTC we wrześniu 2001 roku aparaty państw, nie tylko w USA, dostały przyzwolenie od obywateli na to, żeby bardziej ich pilnować. To miało być niejako w zamian wzmożonego bezpieczeństwa. Ludzie myśleli – więcej kontroli, więcej kamer na rogach ulic – równa się więcej bezpieczeństwa. Ale to nie jest tak łatwo. Jednakże o ile poziom zagrożenia zmalał, to aparaty państwowe wcale nie chciały pozbyć się nowych uprawnień. Bo i po co? O ile jednak udało się skontrolować świat rzeczywisty – to jednak wciąż pozostawał świat wirtualny, którego nie dało się tak łatwo okiełznać. Po pierwsze ze względu na samą złożoność systemu, a dwa przez brak prawnych regulacji. I teraz takie prawne regulacje się znalazły. Koncerny muzyczne (i nie tylko) tracące przez piractwo miliardy (z roku na rok) wynajęły lobbystów, którzy zaczęli przekonywać, że ochrona ich praw jest wartością nadrzędną. I politycy usłyszeli w tym wołaniu to, co od dawna chcieli sami zrobić. Uzyskać kontrolę nad siecią. Zwłaszcza, że w zeszłym roku sieć pokazała, że ma wpływ na świat rzeczywisty. Tak się stało w Libii, Egipcie czy w innych krajach „arabskiej wiosny ludów”. To właśnie dzięki sieci stało się to wszystko możliwe. Bo sieć nie jest łatwo zamknąć tak jak sieci telefoniczne, czy media. Sieć wymyka się takim zachciankom z racji tego, że nie ma jednego ośrodka sterowania – jednego wyłącznika, którym można wszystko wyłączyć. I właśnie twórcy wyszli naprzeciw regulatorom, którzy dostali klucz – wytrych. Taki wirtualny paragraf 22. Pod postacią potrzeby chronienia praw autorskich i wartości intelektualnych. Owszem – nikt nie wątpi, że twórcy tracą pieniądze – ale nowe prawa sformułowane w ACTA oraz odrzucone niedawno przez amerykański Kongres nie tylko zapewniały ochronę tych wartości. Te nowe prawa oznaczałyby, gdyby zostały wprowadzone, możliwość inwigilacji internetu i zamknięcia zgodnie z literą prawa każdej strony pod płaszczem walki z piractwem internetowym. A to już najszybsza ścieżka do cenzury prewencyjnej. Wydaje się niezwykle dziwne, że Tusk, jako osoba która brała udział w komisji rozwiązywania konglomeratu RUCH (wydawcy, kolportera i de facto cenzora prasy w Polsce) chciał podpisać prawo, które umożliwiałoby cenzurę w sieci. Czyżby zapomniał z czym sam walczył? Stosunek do sprawy zmienia się wraz ze zmianą stołków…. Artur Pomper