Ekologia totalna

0
853
views

Bycie „eko” jest teraz na topie. Lubimy kupować produkty z etykietką „bio”, a nawet powoli zaczyna nam się podobać segregowanie odpadów. Czujemy się wtedy jakoś tak spokojniej. Sumienie mniej nas gryzie.

No i jest się czym pochwalić przed przyjaciółmi. Co to jednak ma wspólnego z prawdziwą ekologią? Bycie „eko” to przede wszystkim świadoma postawa życiowa. W byciu „eko” nie chodzi o to, by ślepo podążać za trendami, które oferują nam liczni producenci, by poprawić wizerunek swojej własnej marki, ale o to, by w życiu codziennym dokonywać świadomych wyborów. By zacząć wreszcie myśleć i zastanawiać się nad tym, jakie działania mogą wprowadzić prawdziwą różnicę na świecie.

Dzisiaj roi się na rynku od kosmetyków z wszelkim możliwymi certyfikatami „bio”, „eko” czy „organic”. Jest to na pewno dobra oznaka. Wskazuje na to, że ludzie powoli stają się choć trochę bardziej świadomi tego, że należy wreszcie zatroszczyć się o własny dom, planetę. Niektórzy z producentów zapewniają nas nawet, że za zakupiony u nich kosmetyk posadzą jedno drzewo. Szczytny cel! Tylko jedno małe ale: wszystkie tzw. kosmetyki „bio” czy „eko” sprzedawane są w plastikowych opakowaniach (istnieją bardzo nieliczne wyjątki). Czy tylko ja widzę, że coś tu jest nie tak? Mam wrażenie, że większość tego typu „eko-akcji” ma bardziej na celu uspokojenie sumienia mas niż autentyczną pomoc środowisku. „Dajmy im produkty lepszej jakości i przyklejmy do nich kilka certyfikatów – byleby dalej od nas kupowali”.

Nic dziwnego, że w miarę coraz to większego wysypu produktów ekologicznych – nawet w hipermarketach – coraz więcej osób podchodzi do nich sceptycznie. Już w tej chwili istnieje wiele licznych rozwiązań, dzięki którym my, jako rodzina planety Ziemi, moglibyśmy zdecydowanie zmniejszyć szalony pęd konsumpcyjny, a tym samym zmniejszyć ilość produkowanych przez nas toksycznych odpadów. Właściciele wielkich korporacji tego świata doskonale o tym wiedzą. Zdają sobie też sprawę z tego, że gdyby ludzie na szeroką skalę staliby się świadomi tego, jak bardzo mogą uprościć sobie życie oznaczałoby to bankructwo dla całego przemysłu chemicznego – i nie tylko.

Dlatego też ciągle wmawia się nam, dla prostego przykładu, że najlepsze proszki do prania to te toksyczne, które nie dość, że zanieczyszczają środowisko, to także niszczą nasze tkaniny i szkodzą naszemu zdrowiu. A przecież istnieją też inne, dużo prostsze i naturalniejsze środki piorące, które sprawdzają się idealnie od tysięcy lat – jak na przykład orzechy piorące. Rozwiązania istnieją już w tej chwili. Pytanie brzmi: czy na pewno jesteśmy gotowi poświęcić swój wygodny świat na rzecz wyższego dobra? „Wszyscy politycy i aktywiści ekologii nawołują teraz do tego, by zredukować szaloną konsumpcję naszych czasów, lub zmienić jej wymiar. Kiedyś kupowaliśmy ryż przetwarzany chemicznie.

Teraz jesteśmy „przyjaźni środowisku” i kupujemy ryż ekologiczny. Mamy piękne domy, zasłony, dywany i inne cuda. Wcześniej tylko to kupowaliśmy, ale teraz jesteśmy bardziej uważni i świadomi. Teraz kupujemy zasłony „przyjazne środowisku”. Mamy w domach „ekologiczną” klimatyzację i samochody napędzane energią słoneczną… Mówimy tu jednak o dwóch różnych rzeczach: redukcja konsumpcji a zmiana jej wymiaru to dwie różne sprawy. Dla mnie, niezależnie od tego, czy kupujesz rzeczy ekologiczne, czy nie, ciągle wiąże się to z konsumpcją. To prawda – jest to konsumpcja wyższej jakości i stajesz się lepszym konsumentem. Ale tak naprawdę zmienia się tylko rodzaj tego, co konsumujesz. Jest to dobre na swój sposób. Ale ciągle jest w nas coś, co każe nam kupować więcej i więcej każdego dnia.

Kupujemy tak wiele, a potem trudzimy się nad tym, co zrobić ze skutkami tej ogromnej konsumpcji i naszego stylu życia. Prawda jest taka, że niezależnie od tego jak bardzo „eko-przyjaźni” stajemy się na Zachodzie, konsumpcja nie zmniejsza się ani trochę. Zmieniamy tylko to, co kupujemy na inną jakość. Widzę, że dużo więcej działa się w kierunku recyclingu i słyszę, że więcej mówi się o zarządzaniu odpadami… Ale widzę też, jak te wszystkie śmieci są potem upychane w innych państwach.

To przypomina trochę sytuację, gdy niespodziewany gość przychodzi do Twojego domu. Co wtedy robisz? Zabierasz wszystkie rzeczy z salonu i upychasz je do sypialni. Upewniasz się przy tym, że Twój gość na pewno do tej sypialni nie wejdzie.

Czujesz się dobrze, gdy gość mówi: „Ale tu czysto!” Tak, tu jest czysto… Tylko nie wchodź do sypialni! Państwa Zachodu przypominają w tej chwili takie salony. Czynią to jednak kosztem innych, rozwijających się państw, z których uczyniły zagracone sypialnie.” – Sri Vast