Karol Graczyk – poetycki geniusz z Gorzowa Wielkopolskiego

0
1179
views
Karol Graczyk, ur. w 1984. r. w Gorzowie Wlkp. Uprawia poezję, prozę, zajmuje się dziennikarstwem. Recenzent w dziedzinie literatury, filmu oraz muzyki. Laureat i zwycięzca kilkudziesięciu konkursów literackich, m.in.: IX OKP im. Włodzimierza Pietrzaka, IV Legionowskiego Konkursu Literackiego

 
Konkursu o Laur Opina, III Konkursu O Wachlarz Wilhelminy, XVII Ostrołęckiego Konkursu Literackiego im. Dionizego Maliszewskiego, "Słowa Ścieżki Skrawki", Pióro Pelikana, konkursu O Wawrzyn Sądecczyzny (trzykrotnie), V OKP w Turku, konkursu o Złote Pióro Sopotu, XXV Jaworskiej Biesiady Poetyckiej, konkursu Istota człowieka, Spojrzeń 2007, De-konstrukcji 2008, konkursu o Złoty Syfon oraz Wawrzynu Lubuskiego za książkę roku 2008. Kilka razy zasiadał w Jury konkursów literackich.
Były członek kilku grup artystycznych, z których wystąpił. Jego proza oraz poezja były kilkakrotnie przedstawiane w mediach. Od stycznia 2006. r. jest redaktorem stworzonego przez siebie internetowego miesięcznika sztuki – Polskie Kulturalne Podziemie (www.pkpzin.pl), w którym publikują zarówno młodzi, jak i uznani artyści.
 
Obecnie PKPZin ma ponad osiem tysięcy czytelników. Od kwietnia 2007. r. jest współpracownikiem redakcji kwartalnika Szafa, a od lipca 2009 autor stałej rubryki poświęconej recenzjom w Kozimrynku. Współpracuje również z Poeticonem, czasem z miejscowymi mediami. W kwietniu 2008. r. założył Stajnię poetycką, której celem jest pomoc młodym, zdolnym poetom w stawianiu pierwszych kroków literackich. Redaktor kilku książek poetyckich. Organizuje spotkania z pisarzami. Swoje teksty publikował m.in. we Frazie, Obrzeżach, Twórczości, Kozimrynku, Tyglu Kultury, ¦ladzie, Zeszytach Poetyckich i Pinezce. Od kwietnia 2009. r. prowadzi stałą rubrykę w Kozimrynku. Opublikował książki – Oko i oko, Osiemdziesiąt cztery oraz Łowy. Wraz z Markiem Wojciechowskim prowadzi Pracownię Literacką w Gorzowie Wlkp. Dwukrotny stypendysta Prezydenta Gorzowa Wlkp.
 
Współorganizator Gorzowskiego Festiwalu Poetyckiego Wartal. Wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Polskie Podziemie Kulturalne.
…Znakomity twórca młodego pokolenia. Mój kontakt z Karolem, przez splot różnych okoliczności urwał się blisko 5 lat temu. Prezentowałem również swoją twórczość na łamach wspomnianego wyżej miesięcznika, którego Karol jest twórcą. Na szczęście znaleźliśmy się dzięki jednemu z wielu portali społecznościowych. Mam jego tomiki poetyckie z osobistą dedykacją. Chcę abyście i wy Szanowni Czytelnicy poznali choćby ułamek jego twórczości, bo na prawdę warto. Oto wyraził zgodę na publikację swojego opowiadania na łamach naszej gazety, opowiadania, w którym stałem się jakby jednym z bohateów.
Ciekawy jestem czy znajdziecie ów fragment… Opowiadanie pokazuje z jak wielkim trudem człowiek realizuje swoje marzenia. Zapraszam do lektury…
Janusz Czerwik
 
Bezpowrotnie utracona leworęczność, czyli krótka historia tartaczna lub zabawa w ukrywanie aluzji. (Obrzeża, Łabuź)
 
W przyszłym tygodniu masz urodziny
za rok pewnie
już cię nie będzie.
M. Roberts, Lacrymae rerum
 
1.
 
Poeci stąd próbują wydać jakiś marny tomik poezji, podczas gdy Ewa znowu jedzie do Belgradu na spotkanie z hinduskim pisarzem lub promocję kolejnej książki przetłumaczonej na język serbski. Zostać tu, to tak, jakby ktoś szukający Boga spotykał się rok z dewotką, zamiast pojechać na plac Św. Piotra lub przeczytać Koran.
Poeci stąd robią bardzo kameralne wieczorki w asyście telewizji, której nikt nie ogląda i jednego anioła, który zupełnie nie pasuje do petów rozrzuconych po ulicach i pięknie wyrzeźbionych facetów, którzy nie potrafią podnieść najmniejszego ciężaru, podczas gdy Ewa ma zniżki w kilku lokalach na krakowskiej starówce tylko dlatego, że jest poetką. Zostać tu to tak, jakby kilkadziesiąt lat temu jakiś Żyd uparł się, że zje obiad w normalnej restauracji, chociaż gdzie indziej mógłby zjeść jeszcze lepiej… lub umrzeć z głodu.
Poeci stamtąd nie krępują się żyć poezją, bo sztuka jest częścią ich miasta, a ja zastanawiam się, dlaczego w moim mieście są tylko dwa miejsca mające cokolwiek wspólnego z poezją. To zupełnie tak, jakby miasto wstydziło się artystów, albo uważało, że najlepsi i tak sobie poradzą. I słusznie (bo przecież „pomiędzy ostrza potężnych szermierzy chodzą poeci”), ale nie chciałbym, żeby środowisko, jak niektórzy ludzie; spuszczało głowę przy ostatnim pożegnaniu, wyciągając dłoń z przyzwyczajenia.
Prezydent mojego miasta rządził kilka miesięcy z aresztu, bo postawiono mu zarzuty. Może prawdziwe, może nie, nie dowiem się, ale co mnie to obchodzi, skoro właśnie ten człowiek sprawił, że wstydzę się tego miasta już mniej, niż kiedyś. To tak, jakby Judasz za trzydzieści srebrników wykupił cały transport niewolników i dał im wolność, a każdy z nich uważałby się za boga, jak dzisiaj, kiedy naśladujemy przekute dłonie i stopy gwoździami w uszach, nosach, językach i pępkach, a krzyże zawieszamy sobie na szyi nie mając pojęcia o chrześcijaństwie (są ludzie, którzy za taki krzyżyk poniżyliby kogoś sobie bliskiego).
Poeci stamtąd myślą, że Gorzów Wlkp. leży pod Poznaniem, później spotykają się pod pomnikiem Mickiewicza, idą do Bunkra Sztuki i piszą pracę dyplomową o Hildegardzie z Bingen (Ewa nie jest pewna, czy więcej się dowie o Dominikanów, czy Karmelitów, ale zapewne u tych pierwszych). To tak, jakby jakiś przeciętny, bogaty chłopak chciał zostać dominikaninem tylko dlatego, że studiuje na KULu, uważa się za pępek świata, ma kobiecy głos i chce zaimponować pewnej dewotce z uczelni.
Ewa pyta mnie, w jakim wydawnictwie chciałbym wydać swoją poezję, a ja wrócę do siebie i będzie mi wszystko jedno, bo jeśli literat, którego szanuję, zamieścił moje teksty w swoim kwartalniku zmieniając ich treść bez konsultacji, (bo przecież wie lepiej), może być tylko wszystko jedno. Bo przecież nie będę w rodzinie najbardziej szanował tego, który najlepiej udaje, że cokolwiek go obchodzi, bo ciągle robi to niedostatecznie dobrze.
 
2.
 
Anioł z mojego miasta nie może się wybić, bo śpiewa za dobrze, a programom muzycznym trzeba zapłacić, by zechcieli pokazać teledysk. To tak, jakbym zaprosił piękną studentkę arabistyki z Krakowa na kolację przy Chateau Latour 1992 Paulliac i kazał jej słuchać o pękniętym jeżu, albo zaprosił do tańca w rytm dźwięcznej recytacji XCII sury Koranu.
Studentka arabistyki jest wrażliwa, ale nie lubi pochopnego ciepła, nie próbuje udowadniać wszystkim swojej wyższości (choć zazwyczaj mogłaby) i nie ma potrzeby zniżać dekoltu do stopnia, w którym cała garderoba staje się zbyteczna, bo biust to nie wszystko i zakrzywienie pleców, a przecież są kobiety, które nie pójdą z tobą do łóżka, nim nie dasz im po twarzy lub nie nazwiesz kurwą. I takie też bywają piękne i wrażliwe.
Jakaś przypadkowa dziewczyna proponuje mi seks, nie mając pojęcia, kim jestem. Gdyby zrobiła to dwa lata temu, mogłaby zostać moją kochanką, może nawet matką mojego dziecka (i pomyśleć, że kiedyś byłem zbyt nieśmiały,
a ona pewnie wciąż myśli, że bawiłem się jej uczuciami), tymczasem studentka arabistyki rozmawia ze mną od ponad dwóch lat, ale nie proponuje mi seksu przy pierwszej okazji i może dlatego jest fascynująca.
Więc tak: w Opolu i Wrocławiu pada deszcz, w Krakowie spadł pierwszy z tym roku śnieg, a wiatr wieje i kwitną jabłonie (jabłonie lubią zieloną herbatę).
 
3.
 
„Nikczemność ma różne maski, najstraszniejsza z nich jest cnota”, jak najważniejszą z cnót jest miłość, bo oddać się cnocie nieprawdziwie i przysięgać jej to tak, jakby Bóg przysiągł grzech pierworodny, a później skazał nas na życie wieczne… 
a Ewa mówi, że śmierć jest nagrodą i względem poetów na pewno ma rację, bo kim byłby dziś Wojaczek, gdyby żył? Albo kim byłbym ja, gdybym kiedyś spróchniały fascynował się jakąkolwiek studentką arabistyki? Byłbym po stokroć bardziej frustratem, niż poetą. Marek twierdzi, że dziś nic nie jest poezją, albo jest nią wszystko. To tak, jakby poeta mógł tylko żyć lub umrzeć i wtedy nikt nie byłby poetą, lub nikt by nie żył,
a kiedyś ścinano głowy, jak ścina się kwiaty i zanosi bukiet studentce arabistyki, choć kwiaty nie wyrażą nic, poza symbolem, bo wyrazić nie mogą nic kwiaty dobra lub zła, lub muszą wszystko, bo są wplatane we włosy dziewczynkom i wrzucane do padołów (Poison Ivy).
 
4.
 
W moim mieście niebezpiecznie być gejem, na Brackiej (deszcz) mógłbym dać herbacianą różę J.C. i być może nie dostałbym po pysku od łysego człowieka z mlekiem pod nosem, być może tam z mieszaniny krwi i mleka nie zrodziłyby się barwy bojówek wszechpolskich, a później znowu zjadłbym flaczki i pierogi z Ewą na starówce (Ewę fascynują poeci, którzy są gejami, a poezję gejowską łatwo rozpoznać).
Wieczór spędziłbym ze studentką arabistyki i byłoby prawie tak miło, jak w Paryżu, Poznaniu, czy Puławach, ale bez rozrzucania wątpliwości w sprawach sercowo-umysłowo-wszechcielesnych, a na weekend pojechałbym do Zabrza do J.C. i byłoby mi lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej (gdybym uchylił to, czego bym czasem chciał, nie poznalibyśmy swoich twarzy),
później niestety musiałbym wrócić do siebie (choć moje miejsce jest gdzie indziej), zresztą i tak czuję zapach i smak studentki arabistyki, a Romek na ostatnim wieczorku czytał coś o wąskich pośladkach (chyba kobiecych, nie pamiętam).
Teraz patrz: W Rudzie Śląskiej jest już zupełnie ciemno, do przedziału wszedł facet około trzydziestki, zadzwonił trzy razy, czterokrotnie mówiąc, że ma kogoś w dupie (dwa razy mówiąc tak podczas rozmowy z kobietą) i wyszedł. Z pewnością nie był gejem.
 
5.
 
W kościele najbliżej domu (najważniejszy zabytek w okolicy) w najwyższym oknie od lat zamiast witraża wciśnięty jest karton, a w Krakowie (7 przystanków od starówki) jest bardzo kameralny kościółek przy klasztorze Zmartwychwstańców, gdzie ostatnią mszę dla 42 osób (tak, policzyłem) celebrowało (to dobre określenie) 12 księży (również policzyłem), po podzieleniu tacy zostanie 2 zł na głowę (przypuszczam).
W Poznaniu pociąg nadal stoi, choć powinien ruszyć pięć minut temu, słychać coraz głośniejsze dudnienie, jakby ktoś pod wodą uderzał butelką w szybę, ale to przytłumienie wodą może być efektem tego, że podobnie, jak sąsiad z przedziału, próbuję zasnąć. Dudnienie nasila się, nagle facet idący szybkim krokiem przez korytarz wali butelką w drzwi przedziału drąc pysk „piwo, piwo”, czym skutecznie nas wybudza. Sąsiad z przedziału podnosi się błyskawicznie i krzyczy: „spierdalaj”.
W pociągu nigdy nie kupowałem piwa, zresztą od kilku dni bardziej smakuje mi wino. Jest bardziej wykwintne, zresztą wina nie pije się z byle kim, piwo i brendy można z każdym. Marcin noc przed śmiercią był z kumplami na piwie, o piątej rano wyszedł z domu i w piwnicy „własną dłonią otworzył księgę, a ktoś z litością zawarł mu powieki”, teraz śpi śmiercią naturalną, jak ona: "Następnego dnia miejscowa prasa prześcigała się, kto więcej napisze o śmierci siedemnastolatki, której ciało znaleziono ubiegłego wieczoru obok niefunkcjonujących już pociągów dworca głównego Poznania."
 
6.
 
Ludzie w pewnym wieku przestają patrzeć w lustro i popełniają pierwsze samobójstwa (wtedy właśnie jadalne piersi zmieniają się w darmowe minuty), a reinkarnacja deski zaczyna drażnić pióro pisarza drzazgami i tak od deski, do grobowej. W Wiadomościach podają, że skrzypek przepiłował skrzypce, a Polski żołnierz zginął w Iraku. To dobry dzień dla Iraku. Patrzę (sam nie wiem, czy okno to, czy lustro), młodzież trenuje lotnictwo międzyblokowe i wie, że czasem dobrze się przespać lub zmienić historię świata, tymczasem „upadłe anioły zostawione na pastwę boga” wzruszają wskazówkami, ja ramionami, a w Hotelu Overlook:
-Panie Grady. Porąbał pan żonę i córki na kawałki, a potem strzelił pan sobie w łeb.
-Dziwne. Nic takiego sobie nie przypominam.
 
7.
 
Jutro w kryminalnym znowu przepracuję 8 godzin, znowu myśląc o studentce arabistyki, która wydaje się być dojrzałą kobietą (niektóre dziewczynki myślą, że jeśli prześpią się z facetem, stają się kobietami, później się zastanawiają, jak wytłumaczyć Matce Boskiej złamanie przysięgi, w końcu tłumaczą ją tylko sobie i wciąż nie widzą w sobie dewotek).
Jutro, podobnie jak ja, pójdzie do pracy ojciec znajomego i będzie opowiadał dorastającym dzieciakom, że alkohol jest zły, a później wróci do domu i przybity pracą otworzy pierwsze piwo, później sześć kolejnych, nie pobije żony, nie sprzeda samochodu za butelkę wina, jest przecież wysoko postawionym człowiekiem. I inteligentnym.
Zobacz: siedzę w Krzyżu, śmierć ma godzinę opóźnienia, a psy wyją zazwyczaj w zachmurzone niebo.
 
8.
 
Lubię niskonakładowe sześcioliterowe słowa równie, jak trzyliterowe, choć z tymi pierwszymi poezja wygląda gorzej, a „mądrość jest kobietą i pokochać zdoła tylko wojownika”. Guernika też jest kobietą. Picasso mógłby jej nie malować, świat byłby piękniejszy (może nie dla poetów stąd, czy stamtąd, ale kto by się nimi przejmował). Teraz „jestem spokojny, żadnych zajęć prócz śmierci nie widząc przed sobą”. Teraz czekam na stację końcową i zjeżdżam na bocznicę. Jest grudzień. Siedemnasty. W Gorzowie Wlkp. deszcz podlewa kwitnące jabłonie.
Koniec trasy, koniec pociągu, ostatni papieros i początek studiowania studentki, dwu i pół letnia dziekanka lub powrót do przeszłości. Lete skleja powieki i śpi, składam na ustach jej pieczęcie (je t'embrasse) i zamykam w dłoniach.
 
„Pociąg jedzie przez stygnącą Letę”
Jacek Dehnel.
 
Pociąg Kraków – Gorzów Wlkp. 12.12.2006.
Gorzów Wlkp. 17.12.2006. 
 
Karol Graczyk