Dramatyczna sytuacja hotelarzy i restauratorów. „Dajcie nam przeżyć”

0
99
views

Przedłużający się lockdown i znikoma pomoc państwa pogłębiają kryzys branży gastronomicznej i hotelarskiej. Właściciele wielu restauracji i pensjonatów nie mogą zarabiać, a wciąż ponoszą wysokie koszty. Część z nich, zmuszona sytuacją, sprzedaje dorobek życia.

Zamknięci z dnia na dzień

Alessio w swojej restauracji serwował regionalną kuchnię sycylijską, przede wszystkim świeże ryby i owoce morza. Kiedy w telewizji usłyszał wiadomość o zamknięciu wszystkich restauracji, nie mógł w to uwierzyć.

– Myślałem, że źle zrozumiałem, bo nie mówię dobrze po polsku. Zapytałam mojej żony i pomyślałem, że ona też źle zrozumiała. Nie wierzyłem w to, że nie ma żadnej pomocy. Miałem lodówki pełne świeżych omułków, małży, krewetek. Już pierwszego dnia lockdownu straciłem 5000 zł – wspomina Alessio Buglino.
Restaurator został zmuszony do zamknięcia swojego lokalu. Mimo tego, że biznes nie działa, wciąż musi płacić rachunki.

– Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Straciliśmy wszystko, co zrobiliśmy. Zbudowaliśmy to od zera. Teraz jest tylko ruina. Czuję ból – przyznaje.
Każdy kolejny dzień lockdownu generuje większe długi. Alessio i jego żona Sylwia postanowili sprzedać sprzęt, aby odzyskać jakiekolwiek pieniądze zainwestowane w lokal.

– Na sprzedaż są krzesła, stoliki, ręcznie malowana porcelana. Sprzedaliśmy już dwie lodówki, spory okap. Zostały jeszcze sprzęty AGD – wylicza Sylwia Buglino.

– W tym momencie wszyscy są zamknięci, więc nikt nie potrzebuje zmywarki, talerzy, ceramiki czy ekspresu. A dla mnie ważne jest, żeby to jak najszybciej sprzedać, spłacić zobowiązania – dodaje Allesio.

Zainwestowane wszystkie oszczędności

W analogicznej sytuacji znalazł się pan Norbert, który prowadził niewielki bar w Katowicach. Aby go otworzyć półtora roku temu, zainwestował wszystkie swoje oszczędności, a nawet zapożyczył się u krewnych.

– Łza się kręci w oku. Tylko my wiemy, ile razem z dziećmi i narzeczoną, włożyliśmy w to pracy. Z dnia na dzień musieliśmy wszystko zostawić. Na samo otwarcie zainwestowaliśmy około 65 tysięcy złotych. W związku z tym, że zaczęliśmy działalność pół roku przed pandemią, nie objęła nas żadna rządowa pomoc – mówi Norbert Nowak.

Pan Norbert miejsce na swój bar wybrał nieprzypadkowo. W pobliżu jest szkoła średnia, kopalnia, przystanek, walczył o swój bar do samego końca. – Przyjeżdżaliśmy tu i pracowaliśmy, nawet jak już było źle, z nadzieją, że coś zarobimy – dodaje.

Jedyną szansą na zdobycie pieniędzy i pokrycie długów jest dla pana Norberta wyprzedaż wyposażenia na internetowych aukcjach. Takich ofert w całej Polsce pojawia się coraz więcej. Zdesperowani restauratorzy, właściciele hoteli i pensjonatów wystawiają w sieci dorobek całego życia.

– To nie są normalne wyprzedaże. Klienci, wiedząc, że jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji, proponują bardzo zaniżone stawki. Miałem telefon, gdzie pan mi zaproponował tysiąc pięćset złotych za cały sprzęt gastronomiczny, za który zapłaciłem ponad dwadzieścia tysięcy. To upokorzenie, zmieszanie z błotem. Zostało mi do spłaty około 45 tysięcy złotych, a zarabiam najniższą krajową. Przy obecnych zarobkach nie wiem, czy w dziesięć lat wyjdę z długów – opowiada Nowak.

Pan Norbert musiał znaleźć inną pracę, aby utrzymać swoją rodzinę. Jest dostawcą w jednej z katowickich restauracji. Właścicielka zdecydowała się go zatrudnić, mimo własnych problemów.

– Przeglądając CV, zauważyłam ofertę pana Norberta. Chciałam mu pomóc, bo był jedną z pierwszych ofiar pandemii. Nie potrafię sobie wyobrazić życia, bez mojej restauracji, więc współczuję restauratorom, którzy mierzą się w z upadłością, która wynika z panujących obostrzeń – mówi Marzena Kazimierczak.

Dramatyczną decyzję o wyprzedaży dorobku życia podjęła także pani Kamila. – Rzuciliśmy z mężem nasze stałe prace, sprzedaliśmy mieszkanie, by spełnić marzenie. Prowadziliśmy pensjonat i restaurację w górach. Zainwestowaliśmy pieniądze i czekaliśmy, aż zaczną procentować. Po pierwszym roku mieliśmy już sporo stałych gości, klientów, zaczęło się wszystko fajnie rozwijać. Pandemia spowodowała to, że od marca nie mieliśmy możliwości zarabiania. Do spłaty mamy już łącznie około 250 tysięcy złotych. Zostaliśmy bez pomocy, bez środków do życia, bez możliwości otworzenia się. Dziś wiem, że nigdy więcej nie otworzę firmy w Polsce – przekonuje Kamila Bąk.

Rząd kolejny raz przedłużył zamknięcie restauracji i hoteli. Niestety, dla wielu z nich oznacza to, że grozi im bankructwo.

– Robi się programy telewizyjne, jest mowa o miliardach złotych, ale gdzie one są? Komu zostają przyznane te pieniądze, jak zrobić, żeby je dostać? Ja, inni, których znam, nie chcemy łaski, nie możemy pracować z oczywistych powodów, jest ryzyko epidemiologiczne. Wszyscy dbamy o swoje zdrowie, ale przynajmniej dajcie nam przeżyć – apeluje Alessio Buglino.

xnews