Zielony Dziennik

PiS nie pomoże nawet "Dziadek z Wehrmachtu"

Niby dużo się dzieje, ale niewiele to zmienia.
Czytelnicy gazet i portali informacyjnych, słuchacze TOK FM, widzowie TVN24 i TVPInfo, mogą mieć wrażenie, że Polska drży w posadach, a na scenie politycznej dynamika aż furczy.

Komisje śledcze, prokuratury, politycy i media niemal co dzień produkują sensacje, niemal każdy tydzień ujawnia nową aferę czy aferkę, niemal każdy dzień przynosi choć trochę sensacyjne odkrycie a dziennikarze na okrągło relacjonują to wszystko zdyszanym falsetem. Na zdrowy rozum odbiorcy powinni być już rozedrgani i sondaże powinny dokumentować dramatyczne zwroty preferencji, zmiany opinii, fluktuacje emocji.

Obserwator sondaży ma wrażenie dokładnie przeciwne. Opinie o prezydencie, premierze, rządzie i parlamencie fluktuują w dość wąskich korytarzach i w średnim okresie są zasadniczo niezmienne. Także poparcie dla partii politycznych – mimo kolejnych politycznych wstrząsów – specjalnie się nie zmienia. Małe partie (PSL i SLD) walczą o przetrwanie na pograniczu progu wyborczego. Duże partie (PO i PiS) stoją w niezmiennym szyku. Platforma zdecydowanie przewodzi. PiS jest daleko za nią. Platformie jednak trochę (choć nie systematycznie) przybywa, a PiS-owi trochę (choć też nie systematycznie) spada. Przez dwa ostatnie miesiące dystans między głównymi partiami zwiększył się widocznie (z 3:2 na 2:1), ale zmiana wciąż mieści się w przedziale, w którym poparcie wyborców fluktuuje od dobrze ponad roku.

Można więc mieć wrażenie, że sytuacja jest z grubsza taka, jak przed rokiem. Ale jednak jest jedna istotna różnica. Wtedy nic nadzwyczajnego się w Polsce nie działo. Teraz niby się dzieje. Tyle, że bardzo mało z tego „dziania się” wynika. Warto się zastanowić: dlaczego?

Walka dwóch dominujących partii faktycznie zmonopolizowała debatę publiczną. Różnica miedzy nimi ma zaś charakter trwały. Od chwili powstania obozu IV RP jest dość oczywiste, że główna linia podziału miedzy PO i PiS wyznaczona jest raczej przez kryteria kulturowe niż ideologiczne albo polityczne. Platforma zakorzeniona jest w kulturze miejskiej, a PiS w wiejskiej. PO jest bardziej zachodnia a PiS bardziej wschodni. PO eksploatuje kapitał zaufania, a PiS nieufności. Takie parametry zmieniają się wolno. W krótkim okresie notowania dominujących partii mogą się wahać tylko w obrębie kilkunastoprocentowej grupy żyjącej na pograniczu kultur. W dłuższym okresie, wraz z europeizacją i wkraczaniem na scenę kolejnych coraz bardziej zeuropeizowanych roczników, PO powinna rosnąć, a PiS słabnąć.

Nie jest to jednak jeszcze kompletna odpowiedź. Bo trzeba zapytać, dlaczego elektryzujące media polityczne emocje mimo wszystko cztery lata temu powodowały istotne przesunięcia opinii publicznej, a dziś ich nie powodują. Myślę, że dwa czynniki są tu decydujące. Po pierwsze PiS wyeksploatował i zużył swój język. Cztery lata temu zmarszczone brwi posła Wassermana i jego zapewnienia o „porażającej wiedzy”, histerie dziennikarzy, sensacyjne scenariusze budowane przez polityków i media, budziły w nas poważny niepokój. Dziś mało kto zwraca na nie uwagę. Przyzwyczailiśmy się.

Po drugie media, za pośrednictwem których IV RP rozgrzewała serca i umysły Polaków w dużym stopniu straciły wiarygodność. Sensacje tak często się nie potwierdzały, że ci, którzy je wciąż ogłaszają, przestali być wiarygodni. To sprawia, że coraz trudniej jest wpłynąć na polityczne sympatie. Wyborcy coraz mocniej zamykają się w swoich wyborach i są coraz mniej wrażliwi na nowe informacje, bo mają coraz silniejsze poczucie, że mało która informacja się w przyszłości potwierdzi. Jeśli nawet śledzą kolejne doniesienia, to między informacjami a emocjami odbiorców powstała szczelna bariera. Kryterium dobry/zły, uczciwy/nieuczciwy, tak wiele razy zawiodło, że zostało skutecznie wyparte przez mniej zawodne i niezwykle trwałe kryterium swój/obcy. Dziadek z Wehrmachtu niewiele już zwojuje.

Jacek Żakowski, publicysta „Polityki”, specjalnie dla Wirtualnej Polski