Zielony Dziennik

Dziennik emigranta: dobre bo angielskie

09.01.2011

Dziennik emigranta: dobre bo angielskie…

To co mnie drażni w Anglikach to ich szowinizm jeśli chodzi o postrzeganie innych narodów i nacji. W czym to się przejawia? Choćby w tym, że zdecydowana większość Anglików nie uczy się obcych języków. Uważają, że ich język jest najlepszy więc niech inni się uczą angielskiego. W ich szkołach owszem dzieci się uczą języków – zwłaszcza francuskiego i hiszpańskiego – ale poziom nauczania jest chyba jeszcze gorszy niż w Polsce. Zapytany przeze mnie szesnastolatek odpowiedział mi kiedyś że on zna mnóstwo języków obcych – kanadyjski, australijski, amerykański, nowozelandzki itp itd. Anglicy nie chcą się uczyć obcych języków, nie uważają że to im się w życiu przyda. Ostatnio spotkałem kogoś, kto przez pięć lat mieszkał na Wyspach Kanaryjskich i nie nauczył się języka. A potem narzekał, że nie mógł tam zostać, bo nie mógł znaleźć pracy. Generalnie im wyższe wykształcenie – tym lepsza znajomość języków obcych.

Ich angielsko-centryczność jest porażająca – parę dni temu pisałem o najbardziej ulubionych książkach, gdzie z setki mniej niż dwadzieścia procent pozycji było zagranicznych. A i tak część z autorów publikowała właśnie po angielsku – jak Joseph Conrad czy Salman Rushdie.
Anglicy nie lubią zagranicznych piosenek, zwłaszcza – jak się nie trudno domyśleć – francuskich. Ja wiem, że znaczna część młodych ludzi na całym świecie kupuje albumy angielskojęzyczne, ale przypominacie co się stało z debiutanckim albumem Garou? Kiedy śpiewał po francusku był na topie, jego drugi krążek – już angielskojęzyczny był rozczarowaniem. Całe szczęście więcej szczęścia miała Celine Dion, kiedy jej się trafiła okazja umiała ją wykorzystać. W radio trudno usłyszeć coś nie w innych językach – chyba, że to jest opera. W sklepach muzycznych dział muzyki zagranicznej jest najmniejszy. Najlepszy musical na świecie obejrzany przez pięćdziesiąt milionów osób ponad 40 krajach? Les Miserables – ale z piosenkami przetłumaczonymi na angielski z francuskiego oryginału.

Filmy? To co było dobre w Europie – zamiast porządnie zdubbingować – amerykanie w tym przypadku – wzięli scenariusz i przerobili na swoją modłę. Tak się stało z kultową „Nikitą” oraz z filmem o polskim tytule „Z dżungli do dżungli” gdzie młodociany dzikus w wersji francuskiej wspina się na wieżę Eiffela a w wersji amerykańskiej – na statuę wolności. A żeby w kinie było coś innego poza papką hollywódzką? Nie. Może czasem w jakiś klubach. Może inaczej jest w dużych miastach, ale w pipidówie, w której ja mieszkam jest bardzo ograniczony wybór.
Kiedyś zapytałem moich znajomych z pracy o Luisa de Funnesa – nigdy o nim nie słyszeli – a jeden z nich był pół Francuzem! I to nie była ignorująca wszystko młodzież, to akurat byli ludzie po sześćdziesiątce.

Wiadomości? Nie dalej jak wczoraj połowę główne wydanie zdominowało bardzo nieprzyjemne zdarzenie z Ameryki – gdzie w Arizonie postrzelono członka amerykańskiego kongresu, zastrzelono wieloletniego sędziego, 9 letnią dziewczynkę i 4 inne osoby. Trąbiono o tym pół programu. Reszta informacji siłą rzeczy była okrojona. Jedyną inną rozszerzoną informacją był fakt rozpoczęcia referendum w Sudanie Południowym, w którym mieszkańcy mieli się opowiedzieć za lub przeciw niepodległości. Tylko nikt nie powiedział, że granice tego państwa były ustalane głównie w Londynie ponad sto lat temu. Zresztą wydarzenia z innych oprócz USA krajów trudno przedostają się do telewizji – chyba, że jest to trzęsienie ziemi, zamach stanu, czy ostatnio krach ekonomiczny.

Aż wstyd w tym miejscy wspominać jakimi ignorantami są Anglicy jeśli chodzi o geografię – kiedyś czytałem o ankiecie przeprowadzonej wśród nastolatków – ponad połowa nie wiedziała, że ich kraj jest jest wyspą i że Londyn jest stolicą ich kraju. Ich znajomość geografii europejskiej ogranicza się do Francji, która jest gdzieś tam na dole do ich aktualnego położenia. Oprócz tego powiedzieć zapewne potrafią, że na lewo od Francji jest Hiszpania a na prawo Niemcy. Ze Niemcami jest Rosja, a jak wiadomo Rosja czyli Syberia wraz z nieodzownymi misiami polarnymi.
To z pewnością jest jakiś chichot historii, że obywatele kraju, który w raz z koloniami był największy na świecie teraz nie byliby w stanie pokazać ich nawet na mapie.

Ta moja złość to nawet nie chodzi o to jak się oni w ten sposób wywyższają. Ale o to jak wiele tracą. Ile dobrych, ciekawych i wartościowych rzeczy można czerpać z innych krajów i ich kultur. Jak przyjemne jest mówienie w obcych językach. Chyba jedyną rzeczą, którą z zamiłowaniem Anglicy kopiują i szanują u innych są przepisy kulinarne. Może dlatego, że ich kuchnia jest raczej uboga. Jak by się zapytać co jest angielską ulubioną potrawą (oryginalnie angielską) pewnie połowa odpowiedziałaby curry – potrawa hinduska.

Ja mam swoją teorię dlaczego Anglicy podbili znaczną część świata? Nie znosili angielskiej pogody i swojej kuchni – więc wybierali się najdalsze zakątki świata, żeby urozmaicić sobie życie.