Zielony Dziennik

Dziennik emigranta: wspomnienie….

17.01.2011 Torquay Dziennik emigranta: “Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” Dziś chyba jako pierwszy dzień od kiedy zacząłem pisać ten dziennik, czyli od początku roku, od samego rana wiedziałem o czym chcę napisać. Tuż po obudzeniu dostałem nieprzyjemną wiadomość, że jedna z moich angielskich przyjaciółek zmarła tej nocy w szpitalu. Na łamach ZielonegoDziennika.pl chciałem Państwu przybliżyć niezwykłą jej osobę. Chociaż w ten sposób mogę uszanować moją wielką przyjaciółkę i jej życie. Esther Silvester poznałem dzięki pracy, a raczej trzeba powiedzieć, że była częścią mojej pracy. Jakiegoś styczniowego poranka, dwa lata temu otworzyłem drzwi jej mieszkanie i się przywitałem. Byłem razem z koleżanką z pracy i mieliśmy pomóc Esther w jej normalnym życiu. Kilka miesięcy wcześniej Esther miała poważne kłopoty ze zdrowiem – z niewiadomych przyczyn straciła władzę w swych kończynach. Nie mogła ich kontrolować. Naszym zadaniem było ulżyć Esther w jej codzienniej egzystencji. Pamiętam jak dziś – w planie jej opieki było napisane, że Esther jest wymagająca i może sprawiać problemy swoim opiekunom. Będąc tego świadomi, weszliśmy do jej małego mieszkanka i przywitaliśmy się z nią. Okazało się, że Esther to niezwykle miła i sympatyczna kobieta, mająca trochę ponad 47 lat. Już od pierwszej chwili zaiskrzyło między nami trzema – i już wtedy wiedziałem, że opiekowanie się Esther będzie czymś przyjemnym i zabawnym. Wyobraźcie sobie, że Esther straciwszy całą władzę w rękach i nogach, na szczęście dla siebie (i dla nas) nie straciła nic ze swego poczucia humoru. I codziennie (a miała tych wizyt 4 razy dziennie 7 dni w tygodniu) ujawniała jaką zwariowaną osobą jest. Praca – która skupiała się przede wszystkim na utrzymaniu Esther w najlepszej możliwie kondycji higienicznej – była absolutną przyjemnością. I żaden dzień nie był podobny do poprzedniego. I w każdym dniu robiliśmy wszystko, żeby wprawić siebie w dobry nastrój. W niedługim czasie stała się dla mnie ona bliską osobą, znacznie bliższą niż wynikałoby to z relacji pacjent – pielęgniarz. Poznaliśmy też jej prawie całą rodzinę, włącznie z mamą oraz wnukami. Zaprzyjaźniliśmy się także z jej partnerem, z którym Esther mieszkała. Opiekowaliśmy się nią jakbyśmy to robili z członkiem rodziny. Tak jak mówiłem, praca z nią nigdy nie należała do nudnych, prawie zawsze – bo były momenty w których Esther się źle czuła – było nam do śmiechu. Cieszyłem się przywilejem bycia naprawdę blisko Esther, w momentach gdy było nam do śmiechu i gdy było nam do płaczu. Gdy przeżywała załamanie brakiem postępów w leczeniu poryczałem się jak bóbr – gdy powiedziała, że nie ma chęci do życia. To był najtrudniejszy dzień w mojej pracy, gdy musiałem jej tłumaczyć, że ma po co i dla kogo żyć. I że będzie lepiej. Esther, która przed chorobą była pielęgniarką w szpitalu, nigdy nie zapomniała, że nasza praca – opiekowanie się innymi ludźmi – to bardzo wymagające zajęcie. I że nie każdy się do tego nadaje. Ale szczególnie ważne nie tylko dla mnie, ale także dla samej Esther było to, że nasze wizyty pomagały jej zdrowiu, które początkowo powoli, ale potem z większą szybkością było coraz lepsze. Esther po ponad roku opiekowania się nią w domu, oraz kuracji lekarstwami była w stanie zejść z łóżka. A ostatnio jak się widzieliśmy była w stanie dojść, używając chodzika do drzwi i je otworzyć. Naprawdę niesamowite. Ale ten postęp był okraszony dniami pełnymi bólu i niekontrolowanych nerwowych skurczy mięśni. Były też dni w które środki przeciwbólowe nie były w stanie pomóc. W każdym razie poprawa jej zdrowia była oszałamiająca. Jakże to było odmienne od stanu gdy ją ujrzałem pierwszy raz – gdy jej ręce obijały jej twarz, a nogi poruszały się niekontrolowanymi spazmami. Ona pozwoliła mi uwierzyć, że postęp w chorobie jest możliwy, nawet w przypadku, gdy jej stanu nigdy nie zdiagnozowano. Po tym jak przestałem pracować dla firmy pielęgniarskiej wciąż utrzymywałem kontakt z Esther, odwiedzałem ją jak tylko miałem czas, a Esther dobrze się czuła. Rozmawialiśmy też wiele razy przez telefon – nadrabiając czas, w którym się nie widzieliśmy. Przed świętami chciałem ją znów odwiedzić, ale nie była w najlepszym stanie. Święta spędziła otoczona swoją rodziną, a kiedy dzwoniłem przedostatnim razem była pomiędzy najbliższymi nie widząc świata poza nimi. Parę dni temu zadzwoniłem do jej domu i jej partner powiedział mi, że Ester jest w szpitalu od paru dni. Lekarze stwierdzili, że jest za słaba, żeby pozostać w domu, bo nabawiła się infekcji. Pożegnałem się, poprosiłem o przekazanie życzeń rychłego powrotu do domu i powróciłem do swoich spraw. Dziś rano gdy zadzwonił jej partner Jim, wiedziałem, że coś się stało złego. Esther już nie żyła, zmarła tej nocy. Pozostawiając całą rodzinę pochłoniętą w żalu. Syna i córkę i pięcioro wnucząt. Partnera, z którym dzieliła życie od przeszło 12 lat oraz jego trójkę dzieci i jego wnuki. A także swoich rodziców i brata. Esther – nigdy cię nie zapomnę. Twojej mądrości i poczucia humoru. I tego, że się nie poddawałaś. Dziękuję za twoją przyjaźń. Pamięci Esther Silvester Artur Pomper