Zielony Dziennik

Zawisza jaki jest, każdy widzi

Kibice piłkarscy w Bydgoszczy są w euforii. Drużyna Zawiszy jest liderem rozgrywek pierwszej ligi. Tak długo oczekiwany i upragniony awans do ekstraklasy przestaje być "bajką o żelaznym wilku".

To już bardzo realna perspektywa; z końcem maja przyszłego roku zespół z ul. Gdańskiej może znaleźć się w ligowej elicie. A kibice? W raju!
Jakby na całą sprawę nie patrzeć, metamorfoza jaką przeszła drużyna piłkarska Zawiszy warta jest nieco większej uwagi. Dotąd klub funkcjonował trochę na wariackich zasadach. Powołano, owszem, spółkę akcyjną, ale drużynę i jej otoczenie utrzymywali… podatnicy. To przecież miasto było w posiadaniu aż 97 proc akcji, zatem pieniądze na utrzymanie "przodowników piłkarskiego trudu" pochodziły z budżetu. Żeby jeszcze przed wydaniem każdej złotówki oglądano ją z obu stron… Forsa płynęła do klubu przy ul. Gdańskiej wartkim strumieniem. Ale nie wybrzydzajmy, w końcu nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Pomimo różnych przeciwności losu, cel sportowy został przez spółkę, przede wszystkim jednak przez piłkarzy, zrealizowany. Tego lata zespół, po "epoce" ligowej banicji, awansował na zaplecze ekstraklasy.
Dla miasta, głównego udziałowca, był to na tyle wystarczający pretekst, aby pozbyć się finansowego balastu i zbyć swoje akcje najlepiej prywatnemu inwestorowi. Poszukiwania nie trwały nawet długo. Na horyzoncie pojawił się Radosław Osuch. Jego kariera w biznesie przypomina, jako żywo, biografię wielkich milionerów zaczynających wspinanie się na szczyt finansjery od klasycznego pucybuta. Trudno bowiem ogarnąć pamięcią, czym to nie zajmował się w przeszłości ów Osuch. Jeżeli wierzyć obecnym włodarzom Bydgoszczy, piłkarski biznesmen został wnikliwie "prześwietlony". Znaczenie miały dwa kryteria. Po pierwsze – jest człowiekiem uczciwym, który do "fortuny" doszedł poprzez kreatrywność i ciężką pracę. No i ta, znakomita, znajomość piłkarskiego biznesu. – to po drugie. Radosław Osuch, to bowiem licencjonowany menedżer piłkarski. Potocznie – handlujący piłkarzami. Czas jakiś temu było nawet głośno, kiedy menedżer zarzucił byłemu selekcjonerowi reprezentacji Leo Beenhakkerowi… handel zawodnikami(!) Zarzuty okazały się wyssanymi z palca i Osuch poległ z kretesem na sali sądowej.
Co tam jednak… Przy błyskach fleszy aparatów prezydenci Bydgoszczy Rafał Bruski i Sebastian Chmara podpisali z nowym inwestorem umowę. Jej najważniejsze ustalenia mówią o nabyciu przez Radosława Osucha 97 proc. udziałów i przekazaniu przez miasto, w ciagu 10 lat, kwoty 4 milionów złotych z tzw. funduszu reklamowego. Tu istotna uwaga; umowa zawarta została z osobą prywatną, zatem prowadzenie klubu nie nakazuje zawieszenia przez Osucha działalności menedżerskiej (!) W tym akurat obie strony nie dostrzegają nic zdrożnego. W historii bydgoskiego sportu to zatem ważne wydarzenie, bo dotychczas żaden z klubów, ani też zespół ligowy nie znalazł się w prywatnych rękach.
I kolejny raz Osuch stał się swoistym fenomenem. W ciągu zaledwie kilku letnich tygodni stworzył drużynę, która po dwunastu ligowych kolejkach jest liderem rozgrywek i w piłkarską Polskę już wysłała czytelny sygnał, co ją interesuje wiosną przyszłego roku. Awans oczywiście!!! To miód na serce kibiców, którzy odwykli od futbolowych zmagań na tym poziomie rywalizacji. Ale w tej beczce miodu musi znaleźć się łyżka dziegciu. Nowy właściciel korzystając ze swoich nieograniczonych praw i możliwości finansowych przeprowadził potężne wietrzenie zawodniczej szatni. Pozbył się większości piłkarzy, którzy byli autorami awansu do I ligi. Pozatrudniał graczy, owszem, mających pojęcie o współczesnej piłce, ale kompletnie nie związanych z regionem. Dlatego dzisiejszy pierwszoligowy Zawisza przypomina trochę "cyrk objazdowy" tworzony przez wynajętych aktorów/akrobatów/klaunów (niepotrzebne skreślić). Takie działanie ma krótkie nogi, o czym przypomina nam historia bydgoskiego sportu z kilku innych dyscyplin (koszykówka męska, żużel). W sporcie, jak w każdej innej dziedzinie życia społecznego argument tożsamości, wręcz lokalnego patriotyzmu wydaje się bowiem nieodzowny i czy się to komuś podoba, czy też nie przywiązanie do barw klubowych kole w oczy kibica. Nie zapominając już o dziesiątkach, a nawet setce młodzieży, która poświęcając się uprawianiu sportu marzy o występach w pierwszej drużynie. Takiej perspektywy w Zawiszy może, tymczasem, nie dostrzec.
Wróćmy jednak do sportowej rzeczywistości. Przestrzegałbym przed nadmiernym optymizmem. Rozgrywki pierwszej ligi jeszcze nie dobrnęły nawet do półmetka. Przed Zawiszą perspektywa bardzo trudnych meczów z zespołami wymagającymi i nie kryjącymi podobnych aspiracji. A po kraju już rozchodzi się donośne wołanie: Bij lidera!

TADEUSZ BRONOWSKI