Zielony Dziennik

Dziennik emigranta: eurosceptyk czy patriota?

Dziennik emigranta: Czy Brytyjczycy są eurosceptykami?
Ostatnio na kolejnym już szczycie przywódców państw europejskich na którym próbowano zatrzymać kryzys strefy euro brytyjski premier powiedział – veto! Nie pozwalam.

To nie był pierwszy raz, w którym wyspiarze mówią nie wspólnotom. Im zawsze chodziło tylko i wyłącznie o wspólnotę gospodarczą, ale nie walutową. I nie chcą się zgodzić na zacieśnienie takiej współpracy. Dziś wydaje się, że bez zacieśnienia wspólnot nie da utrzymać strefy euro. A Brytyjczycy są poza strefą i wcale nie mają zamiaru się dołączać. Ich argument za utrzymaniem funta – patrząc na dzisiejsze kłopoty Europy – był słuszny. Ale czy to dowód ich eurosceptycyzmu? Na pewno tak. Ale to też ostra walka o swoje. Według zasady – najważniejszy jest nasz interes państwowy czy narodowy. I tak się stało tym razem.

Sami Brytyjczycy nie są aż tak eurosceptyczni jakby się nam mogło wydawać. Owszem nie byli zadowoleni gdy premier Major (ten co zastąpił Żelazną Damę – Margaret Thatcher) podpisał traktaty z Maastricht bez wprowadzenia referendum. Badania opinii publicznej pokazują również, że gdyby dziś zrobiono referendum na temat wyjścia z Unii 49% powiedziałoby tak, 40% wolałoby w niech zostać. Problem w tym, że przeciwnikami są chyba niezorientowanymi niedouczonymi szowinistami. Każdy rozsądny człowiek wie, że Unia dała czegoś co się nie da zastąpić niczym innym – gospodarczy sukces. Przed wejściem do wspólnot Wielką Brytanię nękały strajki i duże bezrobocie. Państwo miało dużą rolę w gospodarce, a morale wyspiarzy dołowało rozpadające się imperium – żeby wymienić tylko parę ważkich problemów.

Teraz jest inaczej. Pomimo ostatniego kryzysu w Wielkiej Brytanii, którego Cameron nie może do końca okiełznać Królestwo pozostaje jednym z najbogatszych krajów świata. Żyje się tu dobrze i bogato w porównaniu z innymi krajami, nawet europejskimi. System opieki zdrowotnej jest bezpłatny, a państwo daje duże zasiłki na różne sprawy. Jest to zasługa wstąpienia do Unii, czy ludzie tego chcą czy nie.

Przed wejściem Wielka Brytania była nazywana chorym człowiekiem Europy – upadłym mocarstwem atomowym, z rosnącym bezrobociem i dużymi problemami socjalnymi i fiskalnymi. To wejście do Unii pomogło gospodarce wyjść na prostą. I to dlatego Londyn jest dziś stolicą finansjery porównywalną jedynie do Nowego Yorku. Żadna stolica europejska nie jest nigdzie blisko w tym rankingu. O tym zapominają przeciętni Brytyjczycy. Ale przecież cały czas korzystają z dobrodziejstw Unii.

Jakie to dobrodziejstwa? Tanie jedzenie. Królestwo od lat nie jest wystarczająco w tym względzie. Trudno to zrobić przy 60 milionach osób na niewielkiej przecież wyspie (wyspach) – cała Wielka Brytania jest mniejsza od Polski. To tanie jedzenie (polskie pieczarki, hiszpańskie owoce, irlandzka wołowina i wszystko jeszcze) może być takie tanie, gdyż Wielka Brytania jest w Unii. Nie mówiąc o dopłatach do hektara, takich jak w Polsce, ale dużo wyższych od naszych świadczeń.
Druga i chyba najważniejsza sprawa to Unia jest największym rynkiem zbytu dla towarów z Wysp. I to rynkiem bez ograniczeń. Bez ceł, za to ze wspólnymi normami i regulacjami, tak że można łatwo coś sprzedać i kupić. To najważniejszy sukces wspólnot i tego, że Wielka Brytania jest jej członkiem. Wcześniej Brytyjczycy próbowali zrobić coś podobnego – zrzeszyli te kraje kapitalistyczne, które nie były we wspólnotach – Islandię, Norwegię i Szwajcarię. Ale ta wspólnota miała mniejszy potencjał od protoplastki Unii Europejskiej. Brytyjczycy poszli po rozum do głowy i się przyłączyli do klubu z większymi perspektywami. I na tym dobrze wyszli.

Jest jeszcze jeden problem. Londyn jako stolica światowej a nie tylko europejskiej finansjery jest powiązany z Unią i Europą wielkimi więzami. To nie jest tak, żeby Brytyjczycy mogli sobie wyjść z Unii i skończyłyby się ich problemy. Że kryzys euro by już ich nie dotyczył. Niestety nie. O ile nie wchodzenie do strefy euro okazało się – jak patrzeć na to dziś – całkiem rozsądne, to nie można sobie wyobrazić, że problemy za Kanałem nie wpłynęłyby na gospodarkę Wysp.

Ja rozumiem, że oni bronią brytyjskiego rabatu zaciekle i nie chcą się godzić na wzmocnienie integracji. Ale nie wyobrażam sobie, żeby Cameron rzeczywiście chciał, żeby euro upadło. Na pewno nie. Najnowsze dane mówią, że gdyby euro upadło to Wielka Brytania wchodzi w kolejny okres kryzysu, głębszy od poprzedniego (o ile można powiedzieć, że ten ostatni już się skończył). Mówi się o 5% procentowym spadku PKB. To MASA pieniędzy! Nikt nie chce jej stracić. Więc przynajmniej na razie Cameron nic głupiego nie zrobi. Pomimo całego swojego eurosceptycyzmu.

Artur Pomper