Zielony Dziennik

Europa pokonana przez Amerykanów

Lech Wałęsa na trybunach nie pomógł. Europejczycy polegli w meczu z przedstawicielami Ameryki rozegranym 1 września na Stadionie Narodowym w Warszawie. Mecz zakończył się wynikiem 34:7.

W zapowiedziach przedmeczowych spodziewano się 40 tys. ludzi. Sam fakt, że tramwaje jadące od Centrum w kierunku stadionu na godzinę przed spotkaniem nie były  zapełnione, świadczył o nadmiernym optymizmie organizatorów. Kompletny brak kolejek przed głównym wejściem umacniał moje przekonanie o niezbyt dużym zainteresowaniu widowiskiem.

Obawy wzbudził we mnie niemal zupełny brak kontroli osób wchodzących na teren stadionu. Mężczyźni, którzy nie posiadali plecaków czy torebek, nie byli nawet dotknięci przez służby porządkowe. Czy to oznacza, że fani futbolu amerykańskiego, co do jednej sztuki, są potulni jak baranki i nigdy nie mają złych zamiarów? Niejeden na potulnego wyglądał, ale raczej ze względów gabarytowych, nie z powodu anielskiego spojrzenia.

Znalezienie miejsca na trybunach nie było trudne. Przygotowanie logistyczne stadionu należy uznać za jego istotną zaletę. Na zdezorientowanych czekali stewardzi z mapkami pokazującymi podział na sektory. Obsługa została już przećwiczona i z każdym kolejnym eventem staje się bardziej kompetentna.

Pierwszy gwizdek poprzedził występ południowo-amerykańskiej grupy tanecznej „Afro Carnival” zdecydowanie skierowany do męskiej części publiki. Przed kibicami zaprezentowała się także Orkiestra Dęta z Płośnicy. Następnie na środku pojawił się Lech Wałęsa, który rzutem monety wylosował strony, na których oba zespoły zaczęły spotkanie.

Pierwsza kwarta w pełni zobrazowała brak zgrania obu drużyn. Mało było udanych akcji ofensywnych, dominowały szybkie powalenia na murawę i małe zdobycze jardowe. Skutkiem tego było zakończenie premierowej części gry wynikiem 0:0.

W drugiej ćwiartce doczekaliśmy się pierwszych punktów. Wynik otworzyli gracze zza Oceanu, zdobywając przyłożenie i po chwili podwyższając kopnięciem na 7:0. Gracze z Europy szybko otrząsnęli się po stracie. Potrzebowali zaledwie kilku minut, by wprawić w ekstazę większość osób zgromadzonych na Stadionie Narodowym i doprowadzić do wyrównania.

I na tym można by zakończyć pochwały europejskiej drużyny. Przed przerwą Amerykanie podwyższyli na 13:7, a w pierwszych 11 sekundach trzeciej kwarty zdobyli 14 punktów. Taką kanonadę spowodowali gracze gospodarzy swoimi błędami indywidualnymi.

Kolejne minuty to pełna kontrola Amerykanów. Już do końca spotkania nie pozwolili zbliżyć się przeciwnikom blisko własnego pola obronnego. Odczytywali zamierzenia europejskich futbolistów, którzy nie utrudniali zadania rywalom. Zdarzały się momenty, gdy trzy razy z rzędu grali tę samą akcję. Brakowało pomysłu na sforsowanie twardej defensywy.

Jednostronny mecz i brak spektakularnych akcji spowodował, iż w połowie trzeciej kwarcie trybuny zaczęły pustoszeć. Większym zainteresowaniem, niż sam mecz zaczęły cieszyć się armatki wystrzelające w trybuny koszulki. Ludzie przesuwali się razem z nimi, by tylko zdobyć T-shirt.

Można być pewnym, że futbol amerykański powróci na Stadion Narodowy. Nierozstrzygniętym pozostaje, ile osób na stałe zarazi się miłością do tej dyscypliny i czy sprzedaże biletów na poziomie 30 tysięcy zostaną utrzymane. A może wzrosną? Po dwóch wizytach na największej krajowej arenie sportowej koniunktura wzrosła, co wskazuje na jedno: nadchodzą dobre czasy dla futbolu amerykańskiego w Polsce.

Radosław Kołodziejski