Zielony Dziennik

Kraj smutnych ludzi

Jak już niektórzy wiedzą, od jakiegoś czasu mieszkam sobie na tej wyspie co zwą Albionem. Żyję tu już od paru ładnych lat, powiem więcej, już w następnym roku będę mógł się starać o angielskie obywatelstwo.

I muszę dodać, że na pewno przez jakiś czas mam zamiar tu zostać, bo nie jest mi tu najgorzej.

Jednak od czasu do czasu przychodzi taki moment zwany urlopem, kiedy chciałoby się wrócić do domu. Jako, że jestem Polakiem („mam na to papier " i cały system zachowań…”) Polska jest najczęstszym z kierunków podróży. Myślę, że znaczna część osób mieszkających tu, wybiera Polskę jako kierunek wyjazdów urlopowych. Za każdym razem gdy przylatuję na lotnisko w Balicach ogarnia mnie jakiś dziwny i niezrozumiały pociąg do powrotu tu na stałe. Jednak po 2 tygodniach (czy nawet krótszym urlopie) mam serdecznie dość mojej kochanej ojczyzny i bez oglądania się za siebie wsiadam do powrotnego samolotu.

Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze " ludzie się nie uśmiechają. W Anglii generalnie uśmiechniesz się do kogoś " on odpowie ci uśmiechem. Jakoś ludzie są bardziej uprzejmi wobec siebie. Ja wiem, że to jest taka przykrywka, to jest w dobrym tonie, ale jednak jest człowiekowi milej. A w Polsce? Stoję sobie w kolejce do Tesco, jestem drugi w oczekiwaniu do kasy, za mną stoi korpulentny pan w wieku emerytalnym. Kobieta przede mną ma jakieś problemy z zakupami, coś się nie zgadza, jakieś punkty zbiera, próbuje zapłacić gotówką i kartą, " jednym słowem spowalnia kolejkę". Ja spokojnie czekam, przecież w Anglii to nie spowodowałoby nawet mrugnięcia. Nie w Polsce. Jowialny starszy pan zaczyna swój słowotok zawierający więcej przekleństw niż pozostałych słów.

To istna tyrada na to, jakie są kobiety. No bo „chłop jak wchodzi do sklepu to tylko chop i już, a nie jak te … (te wykropkowane miejsce wstawiłem zamiast nieparlamentarnych zwrotów, ale można sobie samemu dopisać). Nie byłbym sobą, gdybym jakoś nie zareagował, więc powiedziałem " wie pan, to tak nie ładnie w miejscu publicznym takie słowa mówić". Jegomość ów był w szoku. Że ktoś zwrócił mu uwagę! Że ktoś mógł się z nim nie zgadzać! Że zganił go za używanie przekleństw! Obraza majestatu, czy cuś. Dość powiedzieć że pan ten zatkał się na chwilę, przynajmniej na tą, którą spędziłem przy kasie. Ale niesmak pozostał.

Tuż przed wyjazdem na urlop byłem również w lokalnym sklepie gdzie kupowałem coś na kolację " wybrałem coś z promocji kolacja z winem dla dwóch za 9 funtów". Zapłaciłem za wszystko w samoobsługowej kasie (och, jakże mi tego w Polsce brakowało) ale coś się nie zgadzało, więc poszedłem do działu obsługi klienta, który jest jednocześnie kasą dla osób mających co najwyżej trzy produkty. Zanim udało się sklepowi wyprostować wszystko, oddać mi kasę minęło dobre 10 minut, a za mną ustawiła się przynajmniej kilkuosobowa kolejka. Czy ktokolwiek coś mi powiedział? Czy ktokolwiek przeklął? Czy choćby pienił się? Mamrotał pod nosem? Absolutnie NIE! Następnie byłem na katowickim dworcu. Naszła mnie potrzeba, żeby „odcedzić kartofelki” więc udałem się do stosownego przybytku. Nad wejściem był napis „higieniczne toalety” więc czym prędzej wszedłem do środka, uiszczając odpowiednią opłatę " 2,5 złotego", gdyż chciałem skorzystać z kabiny. W tym miejscu muszę nadmienić, że pisuar kosztował o całe 50 groszy taniej.

Już sam widok pisuardesy, vel babci klozetowej był dość nieprzyjemny , a rzeczona kobieta w wieku Maji Komorowskiej (dla nie wtajemniczonych dodaję, że M. Komorowska to nie jest żona prezydenta, ale wziętą teatralną aktorką starszego pokolenia, nazywaną przez moją mamę nie inaczej niż „najbrzydszą polską aktorką wszech-czasów” " pogląd w całej rozciągłości adekwatny) zmierzyła mnie od stóp do głów, poczułem się jak na badaniu medycznym. Potem musiałem czekać na wolną kabinę, gdyż z czterech tam istniejących działały aż! dwie. Ponadto nadużyłem jej niewątpliwie arcyciekawego i niemożliwego do odzyskania czasu domagając się większej ilości papieru toaletowego. Dostałem nawet przykazanie, żeby spuścić dokładnie wodę z tym papierem! Widząc moje zniecierpliwienie w oczekiwaniu na wolną kabinę baba klozetowa ni mniej ni więcej tylko zdopingowała użytkowników do szybkiego opuszczenia przybytku zadumy. I jeszcze słówko o rzeczonej higieniczności " można by się postarać o lepsze utrzymanie czystości". Nie było szczególnie brudno, ale czysto też nie było… Nie śmiem twierdzić, że toalety w Anglii są czystsze. Ale po pierwsze, nie wymagają one dozoru, po drugie generalnie nie są płatne (a nawet 20 pensów nijak się ma do 2,5zł), a gdy są "brudne " wystarczy zadzwonić pod telefon i ktoś z samorządu lokalnego się zjawi i je posprząta. Jednym słowem " żenada".

Trzeci przypadek był innego sortu. Odwiedziłem moich przyjaciół w ich domu. Nie widziałem ich od ładnych paru lat, bo jakoś się nam nie udawało spotkać. Ja przyjeżdżam nieregularnie a oni zawsze mieli coś do zrobienia " praca dziecko, budowa domu". Trudno było się nam zgrać. W każdym razie pojechałem ich odwiedzić z czego wszyscy byliśmy zadowoleni, odnowiliśmy kontakt i było bardzo miło. Moi przyjaciele odnieśli sukces: mając trochę ponad 30 lat znaleźli własne szczęście, mają śliczną córeczkę i piękny, nowo wybudowany dom. Powinni być z tego dumni i przed przyjaciółmi chwalić się osiągnięciami. Chciałbym tu nadmienić, że do Polski przywiozłem mojego angielskiego przyjaciela, któremu chciałem pokazać nasz piękny kraj. On także był ze mną u moich przyjaciół i to co widział bardzo mu się spodobało. Ja także byłem pod dużym wrażeniem. I ten mój Anglik zrobił najnormalniejszą w świecie rzecz i zapytał ile ich ten dom kosztował. Mój przyjaciel zawahał się, uśmiechnął i powiedział, że „dużo”. Strasznie mnie to dotknęło, bo w Wielkiej Brytanii to jest moment, w którym każdy się chwali tym co ma. Ja zawsze mówię, że mieszkam w domu za 800 tysięcy funtów, dodając, że jest to najlepsza dzielnica w mieście. I Anglicy są ze swych osiągnięć po prostu dumni. I tego mi brakowało, bo jako, że znam moich przyjaciół wiem, że to co mają osiągnęli ciężką pracą.

Oni nie ukradli pieniędzy, ani ich nie sprzeniewierzyli. Oni je zarobili, bo konsekwentnie sterowali swoimi karierami i osiągnęli każdy w swojej dziedzinie sukces i zarabiają znacznie więcej niż polska średnia. Ja wcale nie mówię, że wszystkim trzeba na około trąbić ile się ma? Po co. Ale zupełnie czym innym jest pochwalić się, tym na co uczciwą pracą się zdobyło… No i to narzekanie, że godziny długie, praca nie łatwa, że daleki dojazd. Owszem to wszystko prawda, ale przecież nic za darmo, sukces wymaga poświęceń. Te trzy sytuacje uświadomiły mi jaka jest różnica między Polską a Wielką Brytanią. I dlaczego nie ciągnie mnie do powrotu do kraju mego urodzenia. Frustrujące? Bardzo. Ale co można zrobić? Ja wiem, że największa różnica jest w mentalności pomiędzy mieszkańcami obydwu krajów. I ta różnica powoduje to, że tyle problemów mamy w Polsce: korupcja, bezrobocie, marnotrawstwo.

Nie żeby to się nie zdarzało w Wielkiej Brytanii, ale skala jest absolutnie nieporównywalna. Polska rządzona przez komunistów zmieniła świadomość Polaków i to pokutuje wciąż. Ludzie są inni, ma
ło się uśmiechają i za bardzo narzekają, a nawet jeśli osiągnęli coś w życiu to nie potrafią się z tego cieszyć. I to jest powód dla którego tak trudno wrócić do kraju nad Wisłą, jeśli liznęło się choć trochę kraju nad Tamizą lub innych.

 

ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper