Zielony Dziennik

Wolności słowa w demokracji

Wolność słowa, wolność za słowa Właśnie co zapadł wyrok w sprawie bloggera, który krytykował panią burmistrz swojego miasta na swoim blogu internetowym. Sad odrzucił pozew pani burmistrz, która poczuła się na tyle obrażona, że założyła sprawę przed sadem.

Sędzia powiedział w uzasadnieniu, ze osoby publiczne powinny się przygotować na krytykę oraz powinny mieć tzw “grubą skórę” jeśli chcą pełnić funkcje publiczne. To wyrok precedensowy w tym znaczeniu, że dziennikarze w Polsce wciąż są włóczeni po sadach za prawdziwe słowa, które napisali i wydrukowali. W krajach demokratycznych karze się osoby, które albo mówiły nieprawdę, szkalowały, albo podjudzaly do nienawiści. W Polsce jest inaczej.

Dziennikarz piszący prawdę może zostać oskarżony przed sadem i ukarany pozbawieniem wolności. O takich sprawach zwykle mówi się w kontekście wolności sśowa i wolności prasy. Jak jest naprawdę? Czy Polska jest krajem gdzie obowiązuje wolność słowa? Z pewnością jest lepiej niż było za czasów komuny, gdy istniało coś takiego jak cenzura prewencyjna. Oznaczało to (dla tych co nie wiedzą, lub nie pamiętają) ze aparat władzy miał prawo do wglądu do materiałów do druku. Cenzor mógł tekst poprawić, odrzucić, a w niektórych przypadkach podciągnąć do odpowiedzialności karnej autora tekstu i redaktora naczelnego.

Wydawcy w tym czasie byli w zdecydowanej większości państwowi, ale istniały wydawnictwa niezależne – jak choćby Tygodnik Powszechny. Dziś jest inaczej, cenzura prewencyjna została prawnie zniesiona, natomiast innym problemem pozostaje cenzura wewnętrzna – zarówno w redakcjach, jak i w głowach dziennikarzy. Z tym walczyć nie sposób. Dzięki zapisowi o linii programowej redakcji redaktor naczelny ma prawo nie dopuścić do druku każdy nie podobający mu się tekst.

Ma to znaczenie, gdyż w procesach wytoczonych z prawa prasowego, oprócz autora tekstu podciągnąć do odpowiedzialności można redaktora naczelnego oraz wydawcę– czyli 3 osoby! Teoretycznie prawo autorskie i prasowe mówi, ze za 3 przestępstwa przeciwko temu prawu w ciągu roku redakcja może zostać zamknięta. Ale to się jeszcze w Polsce nie zdarzyło.

Czasem wydaje mi się ze szkoda, ze to się nie zdarzyło – bo są redakcje, które mają w małym poważaniu to prawo. I choćby to poprzednie zdanie jest dowodem na wolność słowa. Bo na moim blogu, mogę powiedzieć dokładnie to, co mam na myśli. Jednak dzisiejszy wyrok jest ważny z tego powodu, że blogi to trochę inna bajka niż redakcje dzienników czy innych mediów.

Pani burmistrz miasta Mosiny, która dziś przegrała (w drugiej instancji, w pierwszej instancji udało jej się wygrać) domagała się od sądu ukarania bloggera, a jako karę żądała roku zaprzestania publikacji. (To drakońska kara – w moim odczuciu). I w tym tkwi sedno problemu. Bo nie chodzi o to, że dziennikarz nie powinien być odpowiedzialny za swoje słowa.

Co to, to nie. Ale nie powinien być skazywany na ograniczenia w zawodzie za to co powiedział, czy napisał. Rozumiem, że ktoś może poczuć się dotknięty – i zwykle taka osoba jest w stanie określić ile (w złotówkach) kosztowałoby takie zadośćuczynienie. I niech do tego ma prawo. Jednak nie powinno się karać ograniczeniem wykonywania pracy. Zwłaszcza jeśli ktoś pisze prawdę, albo wypowiada swoje opinie. A o to toczył się ten ten proces. Niestety zdarza się, że od dziennikarzy oczekuje się jeszcze innych kar – a przede wszystkim ograniczenia wolności.

To jest już sprzeczne z zasadami demokracji, na jakich opiera się podobno państwo polskie. Za każdy taki proces (a co roku jest ich kilka), w którym dziennikarzowi grozi pozbawienie wolności, dostajemy surowe reprymendy z Komisji Europejskiej i innych instytucji. Bo to jest sprzeczne z demokracją, która mówi o wolności słowa. To jest też sprzeczne z prawami człowieka, które przecież Polska także ratyfikowała. Czym innym jest odpowiedzialność majątkowa, a czym innym odpowiedzialność rzekłbym fizyczna.

 

www.ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper

 

( PS Sąd Okręgowy w Poznaniu uniewinnił w środę blogera Łukasza Kasprowicza, który krytykował burmistrz Mosiny, Zofie Springer. – Każdy ma prawo do krytyki działań władzy publicznej – powiedział uzasadniając wyrok sędzia Leszek Matuszewski. – za gazeta.pl )