Zielony Dziennik

Nabici w reklamę. „Pieniądze wyrzucone w błoto”

Skorzystali z okazji i promocji, by rozpropagować własną działalność. Ale reklama zamiast pomóc stała się dla nich początkiem tarapatów.

Gazety „Słowo Wrocławian”, „Słowo Warszawy” – Łodzi, Krakowa, Katowic, Poznania, Trójmiasta, wydawane są przez spółkę z Wrocławia. Wydawca na stronach internetowych chwali się 30 tysiącami czytelników w każdym z miast. Swoje gazety reklamuje, jako czasopisma lokalne o największym zasięgu.

– To musiałoby się rzucać w oczy, w kręgu moich znajomych prasoznawców coś by się słyszało na ten temat, a ja pierwszy raz słyszę o takiej gazecie – dziwi się prof. Maciej Mrozowski, medioznawca.

Jaki jest nakład i dostępność każdego z pism na rynku, nie wiadomo. Wydawca mówi o sprzedaży, rozdawnictwie, wersjach internetowych. W niektórych miastach widziano kilka egzemplarzy, w innych nigdy.

Kiedy sami próbowaliśmy kupić gazetę okazało się, że nie ma jej w kioskach, sieciach sprzedaży prasy, czy miejscach, gdzie według wydawcy rozdawana jest za darmo.

Pani Agnieszka prowadzi gabinet odnowy biologicznej w Łodzi.

– Zadzwoniła do mnie pani i zaproponowała reklamę w gazecie „Słowo Łodzi”. Reklamę na bardzo korzystnych warunkach. Miałam zapłacić zamiast 1200 zł tylko 300 zł – mówi rehabilitantka i dodaje, że reklamy swojego zakładu nie widziała. – Śmiem twierdzić, że ta gazeta nie istnieje, że nigdy jej nie było.

Na reklamę zdecydował się też nieświadomy niczego przedsiębiorca Jarosław Bieliński.

– Kurier, który przywiózł umowę stał nad człowiekiem i czekał na podpis. Zacząłem ją czytać, ale zwyczajnie po ludzku zrobiło mi się żal kuriera i dałem sobie spokój. Umowę przeczytałem potem. Okazało się, że co innego mówił handlowiec podczas rozmów, a co innego znajdowało się na końcu tego drobnego maczku.

– Widziałam te reklamy w gazecie. Przysyłają ją razem z fakturą… drukuję dwie gazety dla siebie. Za 1600 zł – dodaje zirytowana Anna Traczyk, podolog.
Profesor Mrozowski nie pozostawia złudzeń:

– Moim zdaniem łowią frajerów. Te pieniądze wydane na reklamę są w 80-, a może 100 proc. wyrzucone w błoto.

Poznaliśmy mechanizm pozyskiwania klientów zatrudniając się w jednym z oddziałów firmy. Na wstępie odbyło się szkolenie.

– Na umowę z klientem nie mówimy umowa. Klientowi też nie mówimy tego, że to jest umowa. To jest rezerwacja powierzchni reklamowej. Jak mówicie o cenie, nawet dziesięć razy podczas jednego kontaktu z klientem, musi być to zdanie wypowiedziane: „Jest to 300 zł netto za emisję”. W nocy was obudzę, ja chce słyszeć całe zdanie. Bo was uduszę. Jeżeli zapyta was klient, ile jest emisji, wy jesteście handlowcami, wam nie wolno powiedzieć, że są to 24 miesiące. Mogę ze spokojem powiedzieć na zasadzie: „Może pan, pani korzystać z tej promocji przez 24 miesiące”.

Jest też instrukcja na wypadek ewentualnego wycofania się przedsiębiorcy z umowy.

– W każdej chwili może pan, pani zrezygnować nie ponosząc kosztów rezerwacji powierzchni reklamowej. Za zerwanie każdej umowy zawsze płaci się karę. U nas jest to również i to jest w umowie, jeżeli klient będzie na tyle odpowiedzialny i faktycznie przed podpisaniem przeczyta sobie tę umowę, to ze spokojem dojdzie do tego. Jeżeli nie, to jego wina – mówił szkoleniowiec.

– Nieraz usłyszycie, że jesteśmy złodziejami, różne takie teksty. Możecie odpowiadać, co chcecie. Macie ten komfort psychiczny, że klient do was nie oddzwoni. Mamy centralę, klient do was nie oddzwoni. Promocję mamy przez 10 lat – usłyszeliśmy.

Przedsiębiorcy nie chcą płacić kolejnych rat.

– Przeczytałam umowę, kiedy miałam przerwę w pracy. Wtedy dowiedziałam się, że nie jest to 300 zł jednorazowej opłaty, tak jak mnie pani zapewniała, tylko zwykły abonament na 24 miesiące. W tej chwili z 300 zł zrobiło się prawie 20 tys. – mówi pani Agnieszka.

– Nie widzę powodu, żeby zapłacić oszustom – dodaje.

– W kwietniu 2018 roku zgłosiłem sprawę na policję. Od tego momentu zaprzestałem płacenia jakichkolwiek faktur. Od czasu do czasu przypominają o sobie telefonicznie namawiając do zawarcia ugody lub do zapłaty – mówi pan Jarosław.

Do prokuratury zgłosiło się blisko 1000 osób. Choć przedsiębiorcy mają być poszkodowani przez różne spółki, to sprawy dotyczą tego samego wydawnictwa.

Prokuratura zajmuje się sprawą od 2016 roku, niemal codziennie zgłaszają się kolejni poszkodowani.

– Postępowanie prowadzone jest w sprawie, nikt z zarządu tych spółek nie usłyszał zarzutów. W sprawie występuje jedna osoba podejrzana. Jest to były pracownik spółki, i osoba ta usłyszała zarzuty – usiłowania oszustwa oraz oszustwa. Była to osoba, która zawierała umowę z jednym z klientów – mówi Justyna Pilarczyk z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

– Pokrzywdzonymi są osoby z całego kraju. Jest to postępowanie pracochłonne i czasochłonne, ponieważ chcemy dotrzeć do wszystkich osób, które czują się pokrzywdzone działaniem tych spółek – dodaje prokurator Pilarczyk.

Wszystko zaczęło się we Wrocławiu, gdzie ponad dziesięć lat temu powstało pierwsze pismo. Była wówczas idea prasowa i publikacje. Dotarliśmy do jednego z współpracowników „Słowa Wrocławian”.

– Poznałem go [prezesa – red.] w Młodzieży Wszechpolskiej, zajmował się kiedyś poligrafią. Jedyne, co od niego dostałem, to 50 zł na około 2 lata pracy. W prawdzie to była praca społeczna, to było za roznoszenie gazet, robienie wywiadów, poświęcanie czasu dla promocji tej gazety.

Mimo wielu prób, prezes odmówił spotkania z nami. Jedyna droga, którą się komunikuje, to droga mailowa. Odpisał, tu cytat: „wyznaczamy najwyższe w branży standardy obsługi klientów. Szczególną uwagę przykładamy do podkreślenia, że umowa zawierana jest na 24 emisje”. W mailu do nas także, że nie było słowa o dwuletniej transakcji.

Prezes odpowiedział, lecz nie na wszystkie zadane przez nas pytania. Podkreślił, że rozmowy z klientami są nagrywane, a zarzuty stawiane przez blisko 1000 osób określił jako „nieliczne oskarżenia niezadowolonych klientów”.


xnews