Polityka, a wolny rynek?

0
576
views

Najpierw został wprowadzony zakaz handlu z niedziele, bo „dzień święty należy święcić”. Okazuje się jednak, że nie dla wszystkich tak obligatoryjne jest oddawanie czci Panu.

Zakaz handlu został wprowadzony tylko dla sklepów wielkopowierzchniowych, małe, rodzinne sklepiki, mogą sobie handlować do woli.

Teraz coraz częściej słyszymy o tragedii małych, rodzinnych przedsięwzięć, które przegrywają z konkurencją w postaci sklepów typu Biedronka, Lidl, czy Netto. Statystyki biją na alarm, nawet 1/3 sklepów mało-powierzchniowych została zamknięta w przeciągu pięciu lat, po otwarciu sieciowego dyskontu.

I już pojawiają się projekty, która miałby kontrolować możliwości powstawania sklepów o dużej powierzchni. Jak twierdzi poseł PiS Stanisław Szwed – Potrzebna jest ustawa, która pozwoli samorządom decydować, jak duże sklepy będą otwierane w gminach”. Oczywiście powołuje się na wzrastające bezrobocie, w wyniku upadku tego małego, rodzinnego handlu, oraz pozbawianie ludzi, środków materialnych potrzebnych do życia. Brzmi to trochę jak pustosłowie.

Czy sklepy wielkopowierzchniowe nie zatrudniają ludzi? A sam fakt, możliwości wyboru nie jest podstawowym prawem konsumenta? Dlaczego ktoś będzie decydował, za mnie, gdzie mam robić zakupy i dlaczego mam za nie płacić drożej? Te argumenty gdzieś umykają.

Oczywiście, dla właścicieli małych sklepików odnalezienie się w nowej rzeczywistości może być początkowo trudne. Jednak zawsze można się przekwalifikować. Przykład z własnego podwórka, sąsiad, który wcześniej zajmował się takim mało-powierzchniowym handlem, teraz dobrze prosperuje na rynku usług budowlanych.

Inne rozwiązanie podsuwa wiceprezes firmy Cursor Piotr Haman. Pan Piotr uważa, że los takich sklepików jest nieunikniony i im szybciej właściciele się z tym pogodzą, to będzie dla nich lepiej. Jeżeli handlowcy nie mają zamiaru szukać nowego zajęcia, mogą popracować nad węższą specjalizacją sklepu np. warzywniak, czy sklep z ekologiczną żywnością, lub postarać się o bardziej personalny i bezpośredni kontakt z klientem: rozmowa, zapamiętanie imion, trapiących problemów.

Wydaje mi się, że najgorsze co można zrobić, to ingerować w rynek kolejnymi ustawami, które sztucznie będą podtrzymywały istniejący stan rzeczy. W pewnym sensie to blokuje dalszy rozwój oraz kreatywność. Jaka jest wasza opinia? Uważacie, ze politycy powinni się mieszać w wewnętrzne sprawy rynku?

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl