Dziennik emigranta: o percepcji

0
736
views

16.10.2011 Torquay

Dziennik emigranta: o percepcji

Ostatnio rozmawiałem z przyjacielem jak to jest, że powódź w Australii jest bardziej ciekawa medialnie niż powódź w Brazylii. Dlaczego to jest? Przecież i to, i to, to wielka katastrofa. I w jednym i w drugim przypadku giną ludzie. Teren zalany jest gigantyczny. Rozmiary obu klęsk żywiołowych są porównywalne.
A jednak percepcja jest odmienna. Jak to się dzieje?

Będąc na studiach przeczytałem, że w mediach sprzedają się przede wszystkim złe informacje. Że najlepsza informacja, to zła informacja dotycząca wpływowych politycznie lub ekonomicznie jednostek, pochodzących z bogatych krajów, a na dodatek ta informacja musi być jednorazowa.
Czyli dobra informacja to: po pierwsze zła informacja. Jak często czytacie o czymś pozytywnym? Zwykle media koncentrują się na skandalu, na czymś co się nie udało, na porażkach. Dzieje się tak, bo generalnie takie informacje ludzie chcą słyszeć – przynajmniej na takie wyniki wskazują sondaże i badania opinii publicznej. I dlatego gazety i inne media je publikują.
Po drugie to informacja o osobie mająca władzę lub pieniądze – przykład zamach w Tuscon na kobietę z amerykańskiego kongresu. Trąbiono o tym w angielskich mediach przez trzy dni – I informacje nie schodziły z pierwszej strony. Prezydent Tunezji musiał uciekać z kraju. Z drugiej strony cały świat obejrzał zdjęcie bohaterskiego trzynastolatka, który poświęcił życie pomagając swojemu bratu – ale to raczej wyjątek niż reguła. Stąd też się bierze popularność gwiazd rozrywki i sportu.
Po trzecie – interesują nas zdarzenia jednostkowe. Które się zdarzyły i już nie trwają. Dlatego wszystkie powodzie, przewroty, rewolucje, które trwają więcej niż kilka dni tracą naszą ciekawość. Przykład? Słowa takie jak kryzys, skandal straciły swoją niezwykłość i siłę rażenia. Jeszcze parę lat temu słowo „kryzys” nie było tak wyświechtane jak teraz. Nadużywanie tego słowa stępiło jego oddziaływanie.
Interesują nas bogate kraje – więc informacje z krajów biednych, żeby się przebić muszą być naprawdę złe. Przykład? Stan wojenny w Tunezji, gdzie prezydent (lub raczej co najwyżej umiarkowany dyktator) musiał uciekać z kraju. Powódź w Brazylii zalicza się niestety do tej kategorii.

Inna sprawa, że dla Anglika Brazylia nie ma jakiś specjalnych konotacji. Z niczym się nie kojarzy, oprócz biedą i karnawałem i plażą Copacabana. Natomiast Australia owszem – choć to teren wysiedleń kryminalistów, to jednak to ich była kolonia. A królowa nadal jest głową państwa (choć przeciwnicy mają prawie 50% społecznego poparcia), Australia nadal jest w Commonwealth – zbiorze dawnych angielskich kolonii. To też jest ważne dla wydawców brytyjskiej prasy i mediów. To wszystko sprawia, że powódź w Australii jest więcej komentowana i opisywana niż takie samo zjawisko z Brazylii.

Jest jeszcze kolejna sprawa, która wynika z percepcji każdego człowieka: w pięknym wierszu Szymborskiej o wielkiej liczbie noblistka zauważa, ze ludzie nie są w stanie ogarnąć śmierci tysiąca osób. Zdecydowanie bardziej dotyka nas śmierć trzyosobowej rodziny w wypadku samochodowym, niż śmierć dziesięciu tysięcy osób w trzęsieniu ziemi. Duże liczby to dla przeciętnego człowieka abstrakcja. Wydaje mi się, że dzieje się tak dlatego, że zdecydowanie łatwiej nam pojąć mniejsze liczby.
Dlatego też amerykańska szkoła opowiadania o tragediach skupia się na jednostkach. Tam nie epatuje się liczbą rannych czy zabitych, historię opisuje się słowami wybranych osób. Konkretnych osób. W ten sposób możemy mieć bardziej emocjonalny stosunek do wydarzeń. Duże liczby nas tak nie dotykają. Bo jesteśmy na nie obojętni. Tak są przygotowywane dokumenty – tak było z większością opowieści o tragedii 9/11/2001 – tam dramat ataku terrorystycznego pokazano przez pryzmat jednostki: strażaka, osoby pracującej w budynku, osoby która leciała w porwanym samolocie.

Jak ten bieg rzeczy zmienić? Nie wiem, mam nadzieję że się da. Zupełne inne pytanie jest: czy to ma sens? Ale o tym, może innym razem.

Artur Pomper