Polskie prawo prasowe a Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu

0
652
views

Polskie prawo – prawo prasowe. Jest taki artykuł w polskim prawie prasowym, który nie zmienił się od 1984 roku (w którym to to prawo weszło w życie). Ten artykuł wiąże się z dokuczliwymi sankcjami jeśli dziennikarz nie spełni tego obowiązku.

Sankcje to grzywna, albo nawet pozbawienie wolności. Ten przepis wprowadzono jak się wydaje po to, żeby chronić zwykłego człowieka przed popełnieniem błędu gdy jest pytany przez dziennikarza – dzięki temu, że każdy może autoryzować swoją wypowiedź. Autoryzować – znaczy przeczytać i poprawić zanim ukarze się w druku.

Jednak ten przepis ma też inną stronę. Dzięki niemu osoba pytana może całkowicie zmienić treść wypowiedzi. Dopisać, skreślić, zmienić słowa, które dziennikarz zanotował. Nawet jeśli są to słowa nagrane na taśmie i przepisane. Wymóg autoryzacji to ostateczna obrona przed niechcianym tekstem wywiadu. Niejednokrotnie zdarzało się, że politycy żądali autoryzacji, po czym albo zwlekali (czasem w nieskończoność) z oddaniem poprawionego tekstu, albo go tak zmieniali, że rozmowa którą dziennikarz przeprowadził miała się nijak do tekstu już po autoryzacji.
Z moich doświadczeń, tylko dwa razy miałem okazję poznać co to jest autoryzacja. Raz na jakimś wernisażu jakiś starszy pan zażądał autoryzacji. Wydało mi się to wtedy zupełnie niepotrzebne, poza tym nie było na to specjalnie czasu zanim artykuł miał się ukazać. Więc zamiast wysłać tekst do sprawdzenia, po prostu nie zamieściłem go w artykule. Nie miałem wyrzutów sumienia. Autoryzację wiadomości czegoś tak niekontrowersyjnego uważałem za stratę czasu.
Drugi raz byłem na konferencji prasowej, gdzie swoje sprawozdanie robił szef Opieki Społecznej w mieście. To redaktor naczelny poprosił mnie, żebym autoryzował tekst tej wypowiedzi. Wysłałem tekst i dostałem tak poszatkowany, że konieczna była kolejna rozmowa z tą osobą. Nie powiem, w tym przypadku autoryzacja przydała się. Temat może nie był kontrowersyjny ale z pewnością był delikatny. Autoryzacja była pomocna.

Możecie się zapytać, dlaczego tylko dwa razy – na wykładach w mojej alma mater, mój profesor od etyki dziennikarskiej mówił, żeby traktować autoryzacje jako zło konieczne. Jak ktoś poprosi, lub zażąda – to wtedy dać. Ale samemu nie wychodzić z taką propozycją. Uważał on, że to nie przystoi dziennikarzowi mówić o autoryzacji, zwłaszcza politykom. To jest nieprofesjonalne. Jednocześnie mówił, że w sprawach kontrowersyjnych, które mogą zaszkodzić rozmówcy (na przykład przysłużyć się utracie pracy) dziennikarz ma obowiązek autoryzacji.
Jednakże większość dziennikarzy uważa ten zapis jako sposób na ocenzurowanie słów już wypowiedzianych. Nie ma możliwości, żeby zmusić do osobę która autoryzuje materiał, do mówienia prawdy. Może on zrobić z nim cokolwiek zapragnie.

Dziś ten przepis został poddany krytyce przez Trybunał Sprawiedliwości w Strasburgu. Skarżył się Jerzego Wizerkaniuk, redaktor naczelny „Gazety Kościańskiej”, który opublikował wywiad z politykiem SLD Tadeuszem Mylerem bez autoryzacji. Polskie sądy uznały go za winnego przestępstwa publikacji bez autoryzacji. Wizerkaniuk się odwołał do sądu w Strasburgu. Tamtejsi sędziowie uznali, że artykuł prawa prasowego dotyczący autoryzacji jest niezgodny z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Jest niezmieniony od czasów komunizmu i umożliwiają rozmówcy zablokowanie wywiadu przez przewlekanie autoryzacji. Trybunał podkreślał, że w żadnym innym państwie demokratycznym nie ma wymogu autoryzacji.
Andrzej Rzepliński z polskiego Trybunału Konstytucyjnego (który badał sprawę Wizekaniuka) był innego zdania od pozostałych kolegów, którzy mówili, że autoryzacja jest zgodna z konstytucją. Podkreślał on, że gdyby w innych krajach istniał wymóg autoryzacji, nigdy nie ukazałby się np. wywiad Oriany Fallaci z Chomeinim.

To rzeczywiście jest przeżytek niestosowany w innych demokratycznych krajach. Nie powinien być też stosowany w Polsce. Czas ten przepis zmienić. Zwłaszcza jeśli chodzi o polityków, którzy powinni się liczyć ze swoimi słowami. Powinni być za nie odpowiedzialni. Autoryzacja zmniejsza ich odpowiedzialność za swoje słowa. A to nie powinno tak być.

Najwyższy czas zmienić ten przepis, choćby dlatego, żeby nie płacić odszkodowań gdy poszkodowani złożą sprawę do Trybunału w Strasburgu. Podobne sprawy Trybunał będzie bowiem rozstrzygał podobnie – czyli na niekorzyść polskiego państwa.

www.ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper