Wartość pomysłu: zero złotych

0
666
views

Ocena wartości pomysłu na biznes w internecie nie jest wbrew pozorom skomplikowana. Sam koncept nie jest wart nic – dopiero wdrożenie, które prowadzi do przełomu, można w określony sposób wycenić.

Wiedza o tym, jak przekuć pomysł w działanie, to fundament przedsiębiorczości.

Sama idea nest niczym – to powinni zapamiętać przedsiębiorcy. Pomysł wart jest pieniędzy tylko wtedy, gdy dotyczy stricte technologii: gdy wymyślimy i opracujemy rewolucyjny proces, opatentujemy swój wynalazek – wówczas rzeczywiście mogą to być aktywa.

Jeżeli tylko wpadniemy na pomysł – np. na uruchomienie nowego serwisu w internecie, który będzie realizował kolejne usługi, zarabiał i dzięki temu stworzymy biznes – to taka idea – moim zdaniem – warta jest tyle, co… kawa w kawiarni, którą możemy zaproponować pomysłodawcy. Do rozpoczęcia biznesu sama idea to zdecydowanie za mało.

Syndrom start-upowca
W budownictwie mieszkaniowym istotne są, jak wiadomo trzy aspekty: lokalizacja, lokalizacja, lokalizacja. W przedsięwzięciach internetowych też powinniśmy liczyć do trzech: po pierwsze realizacja, po drugie realizacja i po trzecie – realizacja.

Współpracując z wieloma przedsiębiorcami internetowymi, sam często obserwuję zjawisko, które nazywam syndromem start-upowca, czyli zatrzymaniem się na etapie idei. Start-upowiec, po pierwsze, ma świetny pomysł. Po drugie, ma do tego świetną domenę, którą w promocji zarezerwował sobie za darmo. Po trzecie… Trzeciego punktu zazwyczaj nie ma – na adresie internetowym zazwyczaj się kończy, pomysł nie przybiera realnych kształtów.

Właśnie dlatego pierwszym krokiem po ty, gdy wpadnie nam do głowy idealna idea, jest spokoje przejście nad nią do porządku dziennego, przemyślenie, danie sobie czasu na refleksję. A na pewno nie na dywagowanie o tym, czy i jak duże pieniądze można zarobić. Dopóki nie zaczniemy działania, takie wizje tylko nas rozproszą.

Z moich doświadczeń z uruchamianiem projektów opartych na innowacyjnych pomysłach wynika, że zanim zdecydujemy suę zainwestować czas i pieniądze na działania w sieci, warto przeanalizować nasz pomysł w kilku perspektywach. Warto obejść się z nim prutanie na początku, by później gorzko się nie rozczarować.

Po pierwsze, warto przeprowadzić uczciwą analizę otoczenia.
To elementarne dane do sprawdzenia, które młodzi przedsiębiorcy zaskakująco często lekceważą – i dziwią się, że nikt nie jest zainteresowany ich „genialnym” wynalazkiem. Warto odpowiedzieć na pytanie: czy działania podobne do naszych przypadkiem nie są znane rynkowi? Jeśli tak, to jak radzą soboe przedsięwzięcia, w których wykorzystany jest podobny pomysł? Może inne serwisy, które oferują zbliżoną wartość, będzie można wykorzystać jako punkty odniesienia w budowie własnego pomysłu? A może taka idea już istniała, działała, ale nie sprawdziła się? Może funkcjonuje w internecie, ale w USA, Francji, Wielkiej Brytanii? Ostre falsyfikowanie swojego pomysłu to dobry nawyk – lepiej czynić to samemu, niż mielibyśmy to zrobić – już po naszej inwestycji – nasi klienci.

Po drugie, niezbędna jest głęboka, dokładna analiza potrzeb klienta.
To prawda, że w internecie jest miejsce na wszystko, ale to wyjątkowo szkodliwy mit, że na wszystkim można w internecie zarobić. Sieć pełna jest świetnych idei, na które wydano masę pieniędzy – ale niestety, nie tworzą wartości dodanej. Dlatego jestem pewien, że trzeba z uporem powtarzać sobie, że każdy serwis czy usługa, którą tworzymy, musi realizować realne potrzeby. Rzecz w tym, że nie wszystkie potrzeby muszą być zaspokajane przez dedykowane prjekty! Nowe serwisy wymyślane przez start-upowców bywają tak dziwaczne, że elementarna intuicja podpowiada: „Człowieku, to nie ma sensu”. Bo czy warto, np.: budować specjalny serwis, który będzie przypominał o urodzinach? Albo tworzyć budzik w internecie?

Po trzecie, warto zbadać.
Start-upy rzadko mają pieniądze na badania opinii klientów. Ale warto zapytać, wszystkich, których znamy, co sądzą o naszym pomyśle: czy skorzystaliby z serwisu, czy ułatwiłby im życie? Jeśli taki sondaż nie daje jeszcze żadnych gwarancji powodzenia – ani też, w razie wyniku negatywnego, nie przesądza o tym, że pomysł jest zły. Jak mówił Ford, gdyby kiedyś spytać ludzi, czego oczekują w transporcie i komunikacji, to powiedzieliby, że chcą szybszych koni. Powinniśmy jednak mieć nie tylko swoje przeczucie, że warto wdrożyć naszą ideę.

Po czwarte, nie zaszkodzi policzyć, czy pomysł się opłaca.
Taki test jest niezbędny: nie liczymy jednak w arkuszu kalkulacyjnym, ile zarobimy – to złudne. Warto natomiast wejść w buty klientów, przyłożyć się i sprawdzić, czy będzie im się opłacało korzystać z naszych usług.

Robienie symulacji własnych przychodów i zysków przed uruchomieniem przedsięwzięcia nie ma sensu – są złudne. Ten biznes jest nieprzewidywalny; realia zwykle odstają od założeń, szkoda więc poświęcać sporo roboty na biznesplany, które w gruncie rzeczy będą wróżeniem z fusów. Lepiej już zdać się na intuicję, choć ta z kolei zależy od doświadczenia.

Z mojego doświadczenia wynika, że pieniądze w internecie zarobimy w dwóch przypadkach: po pierwsze, jeśli przekroczymy masę krytyczną popularności serwisu. Wtedy uda nam się zarobić na reklamie. Po drugie, gdy wdrożymy model pobierania płatności do użytkowników za niektóre zaawansowane usługi. Jeśli 1-2 proc. naszych użytkowników będzie nam płacić, to powinniśmy wyjść na swoje. Wnioski można wyciągać, obserwując tendencje – patrząc na przyrost użytkowników, na to, czym się najbardziej interesują, co robią itp.

Po piąte, wdrażając pomysł, warto wobić coś, co naprawdę lubimy. Zamiast zabierać się za dziedzinę, w której – jak sądzisz – znajdują się największe pieniądze, rób to, co naprawdę lubisz. Okaże się, że i tak wyjdziesz na tym lepiej. Prawdopodobieństwo sukcesu zależy bowiem w większym stopniu od zaangażowania i jakości zespołu niż od jakości pomysłu. Analizy pokazują, że średni pomysł realizowany przez aktywnych ludzi przynosi większe pieniądze niż nawet najbardziej genialny pomysł prowadzony przez słaby zespół.

I nawet dobrze się składa, jeśli osoby, które realizują pomysł, mają do dyspozycji niewielkie pieniądze. Bo jeśli ktoś dostaje na biznes 1 mln zł, to zdobywa głównie kompetencje w wydawaniu pieniędzy.

Start-up to nie dziecko.
W prowadzonym przeze mnie projekcie Startup School przyjmujemy, że trzy miesiące powinny wystarczyć na techniczne wykonanie serwisu. Kolejne trzy można poświęcić na poprawianie go – ale już działając na żywym organizmie w sieci. Potem następuje kluczowe pół roku. To moment na proof of concept – przekonanie się, czy pomysł działa. Po sześciu miesiącach nie musi być jeszcze z projektu zysków, ale powinny się pojawić pierwsze przychody, obiecujące oznaki rosnącego zainteresowania produktem.

Zatem – po roku czas na rachunek sumienia.
A co jesli okazuje się, że nie idzie? Start-up to nie dziecko. Można go zabić. Nie ma sensu zostawiać go w sieci, licząc, że będzie wegetował. A nuż jeszcze „zaskoczy”? Doświadczenie podpowiada, że lepiej pogodzić się z faktem, że pomysł nie wypalił, zamknąć to, mieć temat z głowy i… wziąć się za coś nowego.

Jak powiedział amerykański przedsiębiorca i inwestor internetowy Marc Andreessen, znany ze swoich przeglądarek Mosaic i Netscape: „W start-upie absolutnie nic się nie wydarzy, jesli sam tego nie zrobisz”. Na tym polega zarazem trudność, jak i piękno start-upu. Na początku nic nie wiadomo. I nie będzie wiadomo, dopóki tego start-upu nie zrobisz.

Autor: Rafał Agnieszczak: zarządza projektami internetowymi, założyciel fundacji Startup School, która wprowadza studentów mających internetowy pomysł, w świat biznesu.

Źródła: Raport „Przestrzeń innowacyjności: najlepszy ekosystem dla projektów high-tech”. ThinkTank

Źródło, partner: www.wyzwaniafirm.pl