Dziennik emigranta: Terry Pratchett wybiera swoją śmierć

0
789
views

17.06.2011 Torquay
Dziennik emigranta: eutanazja
Wszyscy chyba wiedzą czym jest eutanazja. Dla jednych jest to powodowane współczuciem przyspieszenie śmierci nieuleczalnego pacjenta, dla innych morderstwo.

Tak czy inaczej to jest zawsze działanie za zgodą pacjenta. Dla Kościoła Katolickiego eutanazja jest porównywalna do samobójstwa, co jest grzechem śmiertelnym. Podobnie ma się ustawodawstwo większości krajów na świecie. W Wielkiej Brytanii pomoc osobie, która chciałaby w ten sposób skrócić sobie cierpienie jest zagrożona pozbawieniem wolności, ale wykonywanie wyroków w każdej sprawie jest traktowane jako oddzielna sprawa i poddana specjalnej ocenie. W Polsce czyn pomocy w popełnieniu takiego samobójstwa podlega karze od 3 miesięcy do 5 lat i jest traktowany jako zabójstwo. Wyjątkiem jest Szwajcaria, gdzie istnieje kilka klinik umożliwiających popełnienie samobójstwa z asystą, dla osób z innych krajów. Właśnie do Szwajcarii pojechał sir Terry Pratchett, żeby pokazać nam jaki wybór ma osoba nieuleczalnie chora.

Sir Terry Prachett, znany pisarz, twórca cyklu Świat Dysku, który sam jest chory na Alzheimera jest największym w świecie orędownikiem prawa do eutanazji. Uważa on, że powinno się stworzyć specjalne trybunały, które będą rozpatrywać podania osób, które chciałyby przyspieszyć swoją śmierć ze względu na cierpienie spowodowane nieuleczalnymi chorobami. Trybunał składający się z psychologów oraz lekarzy specjalizujących się w nieuleczalnych chorobach miałyby decydować czy petentowi przyznać pomoc państwa w zakończeniu jego czy jej życia. Jestem całkowicie za. Kiedyś opiekowałem się jedną starszą panią. Miała trochę ponad 80 lat życia, dorosłe dzieci mieszkające osobno (choć w tym samym mieście). Niestety nie miała dużo szczęścia – oprócz raka, cukrzycy i prawie kompletnej ślepoty skarżyła się na niedawno złamaną rękę. Dodatkowo, jak można sobie wyobrazić nękały ją różne inne schorzenia przynależne jej wiekowi. Ta starsza pani wielokrotnie prosiła mnie oraz innych opiekunów o to, żeby ktoś pomógł jej zakończyć swoje życie. Mówiła, że codziennie modli się do Boga, żeby ją zabrał do siebie. Nie miała wątpliwości, co się po śmierci z nią stanie. Argumentowała, że ona miała dobre życie, ale teraz już ma dość, nic ją niż nie czeka, a jest tylko obciążeniem dla rodziny. Będąc w szpitalu prosiła o zakończenie swojego życia pielęgniarki i lekarzy. Nie udało mi się znaleźć argumentów za tym, żeby ona się nie poddawała. Rozumiałem ją. Wtedy zrozumiałem też, że ona powinna mieć prawo wybrać kiedy chce zakończyć swoje życie. I że powinna mieć do tego prawo.
Opiekowałem się też osobą z Alzheimerem. To paskudna choroba odzierająca ludzi z tego, co wydaje się, że nikt nie może odebrać. Z pamięci. Z pamięci jak się chodzi, jak się ubiera, jak się korzysta z toalety. Jak się mówi. I dlaczego herbatę podaje się z mlekiem. I czy już się zjadło śniadanie, czy nie. I dlaczego wieczorem kładzie się spać. To wszystko Alzheimer odbiera. A choremu wydaje się, że wszystko z nim jest w należytym porządku.

Obejrzałem sobie program, który zatytułowano „Terry Pratchett wybiera swoją śmierć”. Autor bestsellerowych powieści fantasy spotkał się z wieloma osobami, które zdecydowały się jak zakończyć swoje życie. Spotkał się z żoną belgijskiego pisarza, która towarzyszyła mężowi w tej ostatniej chwili życia. Ona mówiła, że choć tęskni za mężem, nie wyobrażała sobie lepszej formy umierania. Terry poznał młodego mężczyznę w wieku 42 lat, Andy Colgan’a chorego na nieuleczalną chorobę, który dwukrotnie próbował odebrać sobie życie – on mówił, że nie chce wieść takiego życia jakie mu jest pisane. On podjął decyzję wyjazdu do kliniki do Szwajcarii. Jego rodzice towarzyszyli mu w ostatniej podróży.
W tym samym programie Terry spotkał człowieka, który wybrał jednak hospicjum, jako miejsce gdzie chce umrzeć. Hospicjum, które dzięki opiece 24h na dobę pozwoli mu przeżyć ostatnie dni najlepiej jak się da. Pratchett spotkał też ciężko chorego Petera Smedley’a z żoną, którzy zdecydowali się polecieć do Szwajcarii, jedynego kraju na świecie, który umożliwia asissted suecide czyli samobójstwo z asystą dla osób, spoza Szwajcarii. W ten sposób zakończyło swoje życie trochę ponad 1100 osób.
Dla samego Terrego Pratchetta podróż ta jest niezwykle osobista. Bo to jego życie jest stawką. Problem z Alzheimerem, na którego cierpi, to fakt, że to nie jest choroba, która wywołuje fizyczny ból. Trudno więc określić, kiedy jest właściwy moment, w którym chce się odejść. Klinika w Szwajcarii pomoże ci umrzeć o ile sam wypijesz podaną truciznę. Przed samym faktem to lekarz określa, czy jesteś w pełni władz umysłowych, żeby podjąć taką decyzję. I trzeba to jasno i wyraźnie powiedzieć. Chory na Alzheimera może nie mieć takiej szansy, gdyż późne stadium może doprowadzić do tego, że chory może nie być w stanie nic powiedzieć. Podczas gdy mózg wciąż pracuje na pełnych obrotach, a choremu wydaje się wszystko jest w porządku. Dla Terrego Pratchetta to oznacza, że decyzję o samobójstwie będzie musiał podjąć wcześniej – dopóki wciąż będzie w stanie sam to zakomunikować. W dokumencie tym Pratchett mówi, że punktem zwrotnym byłoby dla niego moment, kiedy nie będzie mógł już dyktować książek (przez Alzheimera nie może sam pisać na maszynie, czy komputerze – wszystko dyktuje swojemu asystentowi) ani normalnie się komunikować.

Pratchett postanowił towarzyszyć państwu Smedley i dostał od nich pozwolenie żeby być z nimi do samego końca, wraz z kamerami. W Szwajcarii przygotowano dla nich specjalny dom, w którym śmierć miała nastąpić. Dzień przed zaplanowaną śmiercią lekarz zbadał pacjenta i określił, czy on jest na to gotowy. Czy wie, co go czeka? Czy przemyślał sobie wszystkie za i przeciw? Czy jest zdecydowany? Peter Smedley nie miał wątpliwości. Lekarz też powiedział pacjentowi w jaki sposób wypić truciznę, żeby zadziałała. Opowiedział też co on będzie czuł, gdy zażyje trucizny Doktor podkreślała kilkakrotnie, że w każdej chwili można się ze wszystkiego wypisać i wrócić do domu. Taką rozmowę podjęto też drugi raz, w dniu w którym Peter Smedley wybrał na dzień jego śmierci. Peter Smedley zdecydował jednak odebrać sobie życie. Aż do ostatniej chwili miał wybór, wypić czy nie wypić truciznę. Kilkakrotnie pytano go, czy właśnie tego chce. Był w pełni władz umysłowych żeby podjąć tą decyzję. Jego żona siedziała obok i trzymała go za rękę. Ona była przeciwna pochopności, wolałaby, żeby on poczekał, ale uszanowała jego prośbę i jego życzenie. Kilka minut po zażyciu specyfiku zasnął, a potem, po następnych paru minutach przestał oddychać, po czym umarł. Była to najspokojniejsza śmierć jaką widziałem. Z tym, że muszę przyznać, że nie mam porównania. Nigdy nie widziałem jak ktoś umiera. To było niezwykłe przeżycie. Wzruszające. Peter Smedley zmarł z uśmiechem na twarzy. Będąc pewien, że to właściwy sposób i właściwy moment. Sam też chciałbym mieć taki wybór. Myślę, że to powinno należeć do kanonu praw człowieka.

Artur Pomper