Face control lekiem na przekleństwa współczesnego świata, czyli o selekcji ciąg dalszy

0
991
views

Z selekcją w klubach nie mam problemu. Raczej to kluby z selekcją mają problem ze mną, albowiem nie mogą na mnie zarobić i zawsze wydawały mi się chorym, burżujskim tworem. Niestety nie mogę też przez to wczuć się w bohaterów pierwszego akapitu, pomijając to, że jestem z Warszawy, co zawsze było dla mnie niezwykłą radością. Znam za to osoby przyjezdne. Tylko te, które znam nie śpią raczej w hotelach, czyli raczej są mniej dziane, niż te które na hotel mogą sobie pozwolić. Przemilczam, więc dramat przyjezdnych klubowych imprezowiczów bez klubów, bo nie wypowiadam się na tematy na których się nie znam.

Znam się za to troszkę na tym, że „face control” już na papierze jest bardzo głupie. Dla Kanadyjczyków z grupy „Handsome Furs” obserwowanie procederu w praktyce było na tyle inspirujące, że nazwali tak swoją drugą płytę. Dla mnie czymś równie inspirującym była lektura felietonu „Warszawka tylko dla wybranych?” i przytoczonych przez autorkę wypowiedzi. Nie wnikam w to, czy są zmyślone, czy prawdziwe. Jeśli rzeczywiście część z nich ma cokolwiek wspólnego z prawdą to tym bardziej się cieszę, że kluby z selekcją mają ze mną kłopot. Cieszę się też, że chodzę po trochę innym świecie, niż autorka i jej bohaterowie. Wypowiedź Karoliny broniącej selekcji jako formy bezpieczeństwa, jak i manifest samej Anny Zielińskiej broniącej selekcji jako formy obrony przed upadłością klubów zrobiły na mnie piorunujące wrażenie.

Zawsze byłem przeciwko inwigilacyjnej paranoi, tak więc nie wiem ilu bramkarzy ma doktorat z psychologii, żeby wiedzieć kto w jakim towarzystwie będzie się dobrze bawił. Mogę się tylko domyślać, że w stosunku procentowym doktoraty ma raczej więcej bramkarzy piłkarskich, niż klubowych, ale mogę się nie znać. Na pytanie bramkarza – Czy będzie się tutaj dobrze bawił?- mógłbym odpowiedzieć, gdyby wpuścił kogoś do klubu, chyba, że zamiast doktoratu z psychologii, zrobił doktorat z jasnowidztwa, co bardzo by się ochroniarzom przydało (na zewnątrz klubów jest bardzo ciemno). Stwierdzenie, że selekcjoner tworzy klimat klubu jest w równej mierze prawdą, jak to, że tworzy go osoba, która wymienia tam papier toaletowy. Co więcej, myślę, że „babcie klozetowe” klubów warszawskich robią raczej więcej dobrego, niż selekcjonerzy. Nawet jeśli bohaterowie pierwszego akapitu weszliby do jakiegoś klubu (co czyniłoby ich smutnymi w otoczeniu strasznej warszawskiej bananowej młodzieży) to przecież wejście do brzydkiej toalety (co niestety jest w warszawskich klubach bardzo częste) uczyniłoby smutnym każdego, a przyjezdnych klubowiczów bez klubu chybaby zabiło. Postulowałbym więc więcej „babci klozetowych”, a mniej selekcjonerów.

Wypowiedź Karoliny, która maluje tak przerażający obraz współczesnego świata, że aż boję się jej przytaczać stwierdza, że „wymieszane towarzystwa = awantury” i, że idąc do klubu z selekcją czuję się bardziej komfortowo, albowiem „otaczają ją ludzie kulturalni, tacy jak ona”. „Mam tu dobry przekaz / Nie tylko szata czyni człowieka” – nawijał raper Plejer (polecam wszystkim) podczas swojej bitwy na WBW z Greenem. Cieszę się, że Karolina jest kulturalną osobą, jednak wypominanie innym niewpuszczonym ich niekulturalności, jest hmmm… trochę niekulturalne. Ci straszni „sfrustrowani”, bo nie wpuszczeni, raczej byliby mniej sfrustrowani i mniej „agresywni”, gdyby po wystaniu tych mroźnych godzin na zewnątrz mogli sobie „kulturalnie wejść do środka”. Karolina też cieszy się, że będąc uprzywilejowaną, nikt nie zaczepi jej tak jak w „otwartym lokalu”. Cóż… widać, że dziewczyna po prostu rzadko była w otwartych lokalach, albo wzbudza taką agresję, że na jej miejscu bałbym się w ogóle pokazywać gdziekolwiek. Myślę, że selekcjonerów ludzi kulturalnych i nieagresywnych wypadałoby również zamontować przy zakrętach ulic, sklepach spożywczych, otwartych osiedlach, stacjach benzynowych, sklepach całodobowych, mostach i właściwie wszędzie gdzie się da. Żyjemy w niebezpiecznym świecie i trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie. Ochroną w takim wypadku może być tylko ostra selekcja. Zanim tak się nie stanie – nie wychodzę na ulicę, bo „wymieszane towarzystwa = awantury”.

Lęki przed wymieszanymi towarzystwami już przerobiliśmy. Warto pochylić się nad paroma śmiałymi tezami, które stawia autorka tekstu. „Bez selekcji większość warszawskich klubów by upadło.” – jest to stwierdzenie jak najbardziej prawdziwe. „Powiśle”, „Saturator”, „Hydrozagadka”, „Eufemia”, „Powiększenie” i „Nowy Wspaniały Świat” to przecież miejsca na granicy bankructwa o których żaden warszawianin nie słyszał, a jak słyszał to tylko po to, żeby się snobować. Pamiętajcie, jeśli chcecie przetrwać, jako klub selekcja jest niezbędna. „Każdy klub otwarty dla wszystkich oznacza awantury, narkotyki, bójki.” – cóż myślałem do tej pory, że każda pięść i wlany w siebie kielich może oznaczać nadchodzącą awanturę i konflikt, byłem też pewien, że każda kieszeń każdego człowieka w każdym klubie może oznaczać narkotyki. Do tej pory przypuszczałem, że odrażająca fala narkomanii zalewająca nasz kraj nie omija żadnego miejsca, cieszę się więc, że są są miejsca bez narkotyków. Jeśli kiedyś dokonam drastycznej ideologicznej wolty będę wiedział, gdzie zaprosić bojówkarzy Młodzieży Wszechpolskiej, żeby mogli czuć się jak u siebie w domu (chociaż nie wiem, czy nie byliby zbyt łysi). „Wyobrażacie sobie łysego dresiarza, który właśnie wraca z jakiegoś meczu, bawiącego się w tym samym lokalu z biznesmenem w garniturze?” Cóż nigdy nie wyobrażałem sobie tego, bo jako młody, wojujący anty-kapitalista do większości biznesmenów mam większe zastrzeżenia, niż do przeciętnego dresiarza. Nie wyobrażałem sobie też tego z innego powodu. Otóż takie sceny mogą powstać tylko w bujnej wyobraźni autorki tekstu, chociażby dlatego, że przeciętnego dresiarza zwyczajnie NIE STAĆ na zabawę w tym samym miejscu, przeciętny dresiarz zwyczajnie NIE WIE o takich klubach i jestem pewien, że sam nie znalazłby tam niczego interesującego, chyba, że wpierdol od selekcjonera. Trafiłem jednak na rozczulający fragment świadczący o niespotykanej wrażliwości autorki tekstu – „Oczywiście, niektórzy selekcjonerzy przesadzają z chamskimi odzywkami. I tego pod żadnym pozorem nie powinno się tolerować. Nikt nie ma prawa powiedzieć do drugiego człowieka: ‘Stary jak Ty wyglądasz? Z taką twarzą to na pole, a nie tutaj’.” Uff, jednak są na świecie takie ideały, którym trzeba pozostać wiernym. Na pani cytat odpowiem za to innym cytatem – „Czy pogardliwe określenia takie jak czarnuch, czy mieszaniec mogą ranić bardziej niż przywołanie do porządku?”. Prosiłbym o rozpatrzenie tego w swoim małym serduszku. Jednak chwilę później autorka wraca do swojej retoryki – „Ale jednak nikt nie przekona mnie, że lepiej byłoby bez selekcji. Właśnie dzięki niej ludzie czują się w swoich ulubionych klubach bezpiecznie. Po prostu są, u siebie i wśród swoich.” – myślę, że w klubach można czuć się bezpiecznie po prostu z ochroną, chociaż ja się czuję w większości bezpiecznie bez ochrony, ale może jestem dziwny.

Kończąc mój wywód – jestem przekonany, że bohaterowie pierwszego akapitu woleliby sami rozstrzygnąć to, czy i gdzie bawią się dobrze. Jestem też przekonany, że patrzenie na każdego dresiarza, czy osobę nie wpuszczoną do klubu jako potencjalne zagrożenie wymaga leczenia. To leczenie trzeba wprowadzić jak najszybciej poprzez selekcję WSZĘDZIE, jeśli czujemy się niebezpiecznie nie bójmy się mówić o tym głośno i wyraźnie, umówmy się – lepiej czujemy się wśród swoich, więc niech nieswoi lepiej nawet nie wychodzą z domu. Ja sam raczej się nie boję i raczej się cieszę z tego, że żyjemy w tak liberalnych czasach, że każdy może publikować każdą głupotę i wchodzić jednak do większości klubów (które o dziwo istnieją) bez selekcji. Z socjalistycznym pozdrowieniem i życzeniami większego bezpieczeństwa w klubach, jak i poza nimi.

Mateusz Romanowski

W odpowiedzi na teskt: http://www.zielonydziennik.pl/felietony-1/warszawka-tylko-dla-wybranych