Do urn mości Panie i Panowie!

0
678
views

Głosować czy nie głosować? Oto jest pytanie…
Znowu słuchałem porannej Trójki. Profesor Bugaj, niegdyś polityk, parę dni temu opublikował swoją odezwę do rodaków, żeby ci nie szli na wybory.

Zaskakująca okazała się także sonda internetowa programu „Za a nawet przeciw” – 49 procent głosujących powiedziało, że także nie pójdzie na wybory. Znaczna część słuchaczy stwierdziła, że świadomie pójdzie na wybory oddać nieważny głos. Wypowiadał się także minister kancelarii prezydenta – który ostatnio wspomaga organizacje pozarządowe, które pracują nad podniesieniem frekwencji wyborczej. Trend frekwencji wyborczej jest niestety niedobry dla polskiej demokracji. Nie jest dobrze, gdy do urn idzie zaledwie co drugi wyborca. Legitymizacja władzy jest wtedy słabsza.

Mówi się, że niska frekwencja sprzyja PiSowi – gdyż oni mają bardziej zorganizowany elektorat, który na pewno pójdzie głosować. Dla przeciwwagi gdy frekwencja będzie wyższa mówi się, że to będzie sprzyjać Platformie. Ostatnie sondaże mówią, że ponad 60% uprawnionych do głosowania na pewno pójdzie do urn. Niestety nie jest tak różowo – podczas zeszłych wyborów cztery lata temu ponad siedemdziesiąt procent obiecywało, że pójdzie. A frekwencja wyniosła nieco powyżej 53%. Jeśli sytuacja się powtórzy na następny rząd może wybrać mniejszość uprawnionych do głosowania. Dlatego też Bronisław Komorowski zaczął głośno popierać wszelkie inicjatywy, które zwiększą frekwencję wyborczą. Specjaliści mówią, że normalnym wynikiem byłoby 80% głosujących. W Polsce dużo nam do tego brakuje. Nie wydaje się także, że pomogłoby w jakimkolwiek stopniu wprowadzenie obowiązku głosowani, takiego jaki jest choćby we Włoszech. Tam frekwencja jest zwykle na poziomie około 95%, ale dzieje się tak dlatego, że jeśli nie głosowałeś – zostaje to zarejestrowane i jest to brane pod uwagę przy staraniu się o pracę we wszystkich stopniach administracji państwowej. A praca dla państwa jest wymarzona dla przeciętnego Włocha. Zero odpowiedzialności, zwykle niewiele pracy, przywileje pracownicze. A na dodatek niezmiernie trudno zwolnić taką osobę. Dlatego praca dla państwa jest tak pożądana. Ale bez głosowania w wyborach nie da się jej zdobyć normalnymi kanałami. Myślę, że w Polsce by się to nie przyjęło. Polacy są krnąbrni i nie lubią zakazów i nakazów.

Osoby, które zdecydowanie opowiadały się za pójściem na wybory miały różne argumenty. Mówiły, że to jest nasz obowiązek nie tylko jako obywatela, ale także obowiązek wobec społeczności w której się mieszka. Zwolennicy mówili, że to jeden z nielicznych czynności, które musimy zrobić, bo tracimy możliwość krytykowania politycznej rzeczywistości. Innym argumentem (myślę, że całkiem dobrym) za pójściem do urn, było „wielu ludzi zginęło za to, żebyśmy mogli głosować”. Przez czterdzieści lat komunizmu ludzie poświęcali życie, żebyśmy dziś w wolnej i niepodległej – naprawdę niepodległej Polsce wreszcie głosować. I każda osoba, która tego nie robi szarga pamięć tych ofiar upadłego reżimu. Ja myślę, że jeśli to do nikogo nie przemówi, nic innego tego nie zrobi.

Zadziwiająca liczba osób powiedziała, że wybierze „trzecią drogę” – czyli świadomie odda nieważny głos. Albo wręcz napisze na karcie do głosowania co o tych wyborach myślą. Dzieje się tak dlatego, że bardzo trudno wybrać swojego reprezentanta. Od dwudziestu lat mamy wolny kraj, ale ludzie na szczytach władzy w zasadzie się nie zmieniają. Dwadzieścia lat temu przy okrągłym stole nie było z dzisiejszych polityków Napieralskiego, bo on jest za młody. Obecny i przeszły premier tam byli. Brakuje nowych twarzy jako takich. A jeden Napieralski czy Palikot wiosny nie czynią. Palikot w polityce jest zaledwie sześć lat, kiedy w 2005 roku dostał mandat z Lubelszczyzny. Radiosłuchacze, a także profesor Bugaj mówili, że nie chcą głosować na „mniejsze zło”. Bronisław Komorowski – przytaczany jako przykład – on nie został wybrany za swoje walory. Jego wybrano przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ile tak można? Naprawdę nie można niczego zmienić? Bugaj mówił, że pięcioprocentowy próg wyborczy jest wysoki dla nowych partii. Niestety zapominał jak niestabilne rządy były, gdy obniżono próg wyborczy. Wtedy to właśnie Bugaj był politykiem jednej z takiej małych partii. Rządy były niestabilne i trwały krótko. Wybory były częściej niż co 4 lata. Więc niech ten próg zostanie. Ale niech się pojawi więcej pomysłów i więcej młodych twarzy.
A wszyscy, którzy wahają się czy pójść na wybory – myślę, że lepiej żałować, że się coś zrobiło niż, że się czegoś nie zrobiło. W polityce chyba jest tak samo.

www.ZielonyDziennik.pl, Artur Pomper