Uniwersytety średniowiecza

0
917
views

Polscy absolwenci są najgorszymi pracownikami, a zamiast konkretnych umiejętności mają w głowach pełno niezrozumiałych formułek – to efekt obecnego modelu nauczania.

 Potrwa to tak długo, aż oceny nie będą przyznawane za kreatywność i mobilność, a testy kompetencji, podczas których student opisuje w jaki sposób włączyć guzik lub ustawić maszynę, odbywać się na papierze. Polskie uczelnie prześcigają się w wymyślaniu nowych kierunków i atrakcji dla studentów, mimo to model nauczania jest dla wszystkich jeden i ten sam.

Niektóre z nich dają studentom niby wolną rękę w niektórych sprawach, ale wciąż jest to „wolność” ograniczona. Według szeregu badań na temat jakości polskiej edukacji zleconych m.in. przez PKPP Lewiatan, polski model nauczania nie przystaje do światowych standardów. Po pierwsze poziom praktycznej wiedzy jest za niski i zbyt daleki od potrzeb pracodawców.

Absolwenci mają wspaniałą wiedzę, ale jedynie teoretyczną i brak im odpowiednich kompetencji. W ogólnym zestawieniu wypadają nieco lepiej studenci uczelni technicznych, bo w trakcie nauki mają więcej zajęć praktycznych. W przypadku kierunków humanistycznych bywa niekiedy tragicznie. Niektórzy absolwenci prawa tuż po studiach nie umieją przygotować prostego pisma do sądu, bo przez lata mówili tylko o jego budowie i potrzebnych elementach.

„Bardzo ważne, aby uczelnie przygotowywały praktycznie w konkretnej branży, a także uczyły umiejętności uczenia się, która umożliwia dostosowywanie się do rynku pracy i jego potrzeb, a nie kształciły bezrobotnych. Ważne, by oferta studiów z jednej strony odpowiadała na potrzeby rynku pracy i pracodawców, a z drugiej na potrzeby samych studentów, których oczekiwania rosną.

Czas mam nadzieję pokaże, że nie ilość wiedzy, którą się przerabia na studiach, ale jej jakość ma dziś kluczowe znaczenie w coraz bardziej wyspecjalizowanych dziedzinach w gospodarce opartej na wiedzy” – mówi Dr Bogdan Gorczyca, Dyrektor ds. Programów Nauczania i MBA w Polish Open University. Niepotrzebne przedmioty

„Najbardziej irytują mnie odchamiacze czyli przedmioty humanistyczne. Skoro wybrałem uczelnię techniczną to powinienem uczyć się tylko konkretnych rzeczy potrzebnych w przyszłej pracy, a nie poznawać różne teorie greckich filozofów” – żali się Piotr Zalewski. Dwa lata temu rozpoczął studia na wydziale mechatroniki Politechniki Warszawskiej.

W swoim planie poza stricte technicznymi przedmiotami ma również obowiązkowe zajęcia z socjologii lub struktur Unii Europejskiej. Według zamysłu uczelni studenci w ten sposób powinni poszerzać horyzonty swojej wiedzy. Poza tym nie przystoi, aby inżynier nie wiedział, kim był Kartezjusz czy inny Durkheim. Jednak takie tłumaczenia do Piotrka nie trafiają. „Gdybym chciał uczyć się o społeczeństwie to bym poszedł na uniwerek, a tak jestem na politechnice i też muszę o tym słuchać. Dla mnie takie przedmiot oznacza jedynie kilka dni wkuwania na pamięć tuż przed egzaminem” – przyznaje.

Rewolucja na własną rękę Niektóre uczelnie widząc beznadziejność sytuacji i ślepy zaułek, do którego prowadzi skostniały system nauczana na własną rękę szukają rozwiązań. Najtrudniej pod tym względem mają publiczne uniwersytety, które podlegają dyrektywom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Przez lata student mógł uczestniczyć w konkretnych wykładach i o wyznaczonej porze – to powoli się zmienia. "Nasz model nauczania jest teraz bardziej elastyczny, przez co ułatwia studentom mobilność.

Poza naciskiem na dobre przygotowanie teoretyczne student może wybrać dodatkowe przedmioty, nawet z innych uczelni o ile wypełnia wszystkie obowiązki związane z tokiem studiów na swoim podstawowym kierunku. Choć jest to dość nowatorskie rozwiązanie, studenci coraz chętniej korzystają z takiej możliwości" – mówi Jolanta Borysewicz z Biura ds. Promocji i Rekrutacji UKSW. I nie są to puste słowa. Na uczelni szanującej tradycję od lat funkcjonują platformy e-learningowe, czy system USOS, który pełni funkcję dzienniczka on-line dla każdego studenta.

Zmiany osiągnęły zamierzony sukces – według raportu MNiSW za rok 2007/2008 UKSW była najczęściej wybieraną uczelnią w Polsce. Podobne rozwiązania można znaleźć na Uniwersytecie Warszawskim, UJ-ocie, czy w Gdańsku. Jest to pewien standard, choć niepozbawiony wad. Studenci w dalszym ciągu mają koszyk przedmiotów nakazanych, które muszą zaliczyć, bez względu czy są one potrzebne czy tylko zapewniają etat zasłużonemu pracownikowi.

Uczelnie niekiedy w dobrym geście pozwalają wybrać odpowiednią grupę odpowiadającą potrzebom studenta jak np. Uniwersytet Warszawski. Jednak nie zmienia to faktu, że ocena z przedmiotu i tak musi być w indeksie. Stopnie za myślenie Mateusz Drzecki studiuje zarządzanie na Wyższej Szkole Zarządzania Polish Open University Jest to jedna z nielicznych uczelni dająca studentom tak wielką swobodę w wyborze przedmiotów a nawet kolejności ich studiowania.

Dzięki temu Mateusz może dopasować tok nauki do swoich możliwości i potrzeb. „Studiowanie tutaj z pewnością wymaga wiele wysiłku. Nie wystarczy się uczyć czy zakuwać na pamięć przed kolokwium. Wykładowcy cenią jedynie za kreatywność i rozumienie tematu. To dość nowe podejście, z którym mam jeszcze problem” – przyznaje Mateusz. Nie da się ukryć, że student jest tutaj na pierwszym miejscu. Elastyczny harmonogram zajęć, liczne zajęcia praktyczne w małych grupach i odejście od wykładów dla 200 osób – to wszystko ma zapewnić studentom sukces na rynku pracy. „Gdy rozmawiam z kolegami z innych uczelni to widzę, że brakuje mi wiedzy teoretycznej, natomiast oni często nie wiedzą jak rozwiązać konkretny problem z życia.

Myślę, że praktyczne przygotowywanie jest o wiele ważniejsze niż lista wyuczonych formułek, z których i tak ktoś nie umie korzystać” – tłumaczy Mateusz. W którą stronę? Pod względem systemu nauczania uczelnie polskie dzielą się na cztery kategorie. Pierwsza: skostniały, sztywny model, w którym student nic nie może zmienić – jak w przypadku Wyższej Szkoły Administracji i Finansów w Gdańsku czy niektórych wydziałów Akademii Leona Koźmińskiego.

Druga to już wspomniane uniwersytety publiczne, które poza kanonem oferują pakiet monografów i indywidualne specjalizacje. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pracuje nad nowymi przepisami, które powinny zrewolucjonizować model nauczania wyższych uczelni. Jednak zanim będzie można mówić o jakichkolwiek zmianach, wszystko leży w rękach uczelni. „Obecna ustawa nie zabrania uczestniczenia w zajęciach dodatkowych i uczelnie takie zajęcia fakultatywne prowadzą. Są jednostki, na których studenci mogą studiować przedmioty do wyboru z całego uczelnianego repertuaru.

Przewidujemy, że z czasem będzie to coraz popularniejsza formuła, tym bardziej, że zależy nam, aby powstawało jak najwięcej kierunków międzywydziałowych czy interdyscyplinarnych” – tłumaczy Bartosz Loba, rzecznik prasowy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Trzecia: I rok nauki to wyłącznie teoria i nic nie można zmienić, natomiast później „hulaj dusza” – student może wybrać indywidualny plan i zakres przedmiotów, które go interesują (m.in. na SGH). Czwarty, najbardziej zbliżony do modelu zachodniego: student na każdym poziomie ma założony zasób materiału, który po
winien przerobić w zależności od poziomu studiów oraz wybranego kierunku.

Jednak posiada swobodę w wyborze liczby jednocześnie studiowanych przedmiotów i do pewnego stopnia kolejności ich studiowania. Takie rzeczy można znaleźć m.in. na Polish Open University. Tylko w ostatnim przypadku studenci uczą się krytycznego myślenia, a nie zapamiętywania kolejnych definicji, teorii i modeli. Uczą się jak samodzielnie twórczo rozwiązywać problemy, a nie schematów rozwiązań. Na zajęciach rozwiązywane są studia przypadków i omawiane konkretne sytuacje, które realnie zaistniały w życiu.

„Teoria jest oczywiście bardzo ważna i nie umniejszałbym jej roli. Wiedzę z książek studenci mogą jednak przeczytać również w domu, bez konieczności słuchania teorii czytanej przez wykładowców, na zajęciach. Zakładamy, że każdy student umie czytać, więc może się w pewnym zakresie wiedzy przygotować już przed zajęciami, dzięki czemu zajęcia te mogą być bardziej efektywne. Wymaga to oczywiście zaangażowania ze strony studentów, ale właśnie na zaangażowaniu polega skuteczne nauczanie” – podkreśla Dr Bogdan Gorczyca.

Studia albo praca Anna Drelich jest studentką IV roku socjologii na UKSW. Poza ustalonym już planem zajęć, sama wybiera przynajmniej cztery przedmioty tzw. monografy, które muszą kończyć się egzaminem z oceną. „Jest to idealny sposób na pogłębienie swojej wiedzy w konkretnym temacie. Ponadto mogę wybrać przedmioty niezwiązane z moim kierunkiem studiów, które są wykładane na uniwersytecie” – tłumaczy Ania. Mimo to brak wpływu na kształt i wygląd planu zajęć dokucza prawie na każdym kroku.

Największy problem mają studenci, którzy już pracują. W momencie, gdy wykłady odbywają się rano – dla większości nie stanowi to jeszcze bariery w podjęciu pracy. Problemem są pojedyncze zajęcia w środku dnia, które burzą cały dzień. Na domiar złego zazwyczaj są to obowiązkowe ćwiczenia, których student nie może opuścić.

"Zgodnie z moim obecnym planem mam zajęcia w każdy dzień tygodnia. Łączenie nauki z pracą, działalnością w organizacjach studenckich oraz badaniami socjologicznymi to naprawdę karkołomne zajęcie. Czasami trzeba być jednocześnie w kilku miejscach. Presja wynikająca z potrzeby połączenia większej ilości obowiązków czasami jest trudna do zniesienia” – dodaje. Mobilność dla egoistów Zagraniczne uczelnie stawiają na indywidualne przygotowanie studenta. Dlatego to on sam wybiera, czego chce się uczyć. Na każdym roku są najwyżej dwa przedmioty obowiązkowe.

Następnie w oparciu o punkty ECTS (student musi zdobyć ich pewną pulę w każdym semestrze) dokonuje się wyboru przedmiotów, ale nie tylko z oferty własnego uniwersytetu. Z jednej strony takie rozwiązanie rozwija kreatywność i mobilność studentów. Z drugiej, pełna sala stanowi najlepszy miernik jakości kształcenia wykładowcy. Co równie ciekawe, ukończone przedmioty „idą za studentem”. Na przykład, jeżeli po roku czasu zdecyduje, że wybrany kierunek lub uczelnia nie jest dla niego, może je zmienić i zacząć gdzie indziej, ale już od 2 roku. Jeżeli do tej pory nie miał jakiegoś przedmiotu wystarczy, że zda egzamin. Według Rafała Wiśniewskiego, socjologa z UKSW taki system też ma pewne wady.

„W takim modelu panuje skrajna indywidualność gdzie nie ma szans na stworzenie się trwałych grup lub przyjaźni między studentami. Poza tym, nie każdy jest na tyle samodzielny, aby odnaleźć się w takim systemie” – twierdzi. Zdajesz, kiedy chcesz David Marino studiuje ekonomię na University of Pisa we Włoszech. Dwa lata temu odbył kilka miesięcy nauki na uniwersytecie w Madrycie a w minionym roku wyjechał na semestr do Francji. Dzięki porozumieniom między uczelniami David może studiować prawie w każdym państwie. Ale to nie jedyna z zalet włoskiego modelu nauczania. Już na pierwszym roku nie tyle wybiera przedmioty, których chce się uczyć, ale i moment, kiedy chce zdawać z nich egzamin.

„Obecnie mam zaległy tylko jeden egzamin z pierwszego roku. Zazwyczaj staram się wszystko zdawać zaraz po zakończeniu semestru” – mówi. Uczelnia już na samym początku nauki przedstawiła mu ścieżkę kariery dla jego kierunku. Na jej podstawie wybiera przedmioty, które są niezbędne dla pracy na konkretnym stanowisku. Poza tym jego plan zajęć składa się głównie z ćwiczeń i zajęć praktycznych. Jeżeli z danego zakresu chce dowiedzieć się nieco więcej teorii może zajrzeć do przygotowanego skryptu lub książki. „Uniwersytet przygotowuje mnie do pełnienia konkretnej roli.

Chcę być ekonomistą, więc nie widzę powodów, dla których miałbym uczyć się czegokolwiek poza tym” – dodaje. Praca – tak, ale nie po studiach O efektywność i jakość polskiego nauczania najlepiej zapytać osoby, które potrafią to zweryfikować – pracodawców. Opinie są zgodne, choć nienajlepsze. „Najgorszymi pracownikami są absolwenci dopiero co po studiach. Oczywiście mają świetne referencje: znajomość języków i bardzo dobre kursy, ale gdy przychodzi co, do czego nie potrafią tego wykorzystać.

Dlatego przez pierwszy rok zamiast pracować na nowo uczą się wszystkiego jakby pierwszy raz mieli z tym do czynienia, a przecież przez ostatnie lata mówili o tym na okrągło podczas zajęć” – mówi Piotr Strużek z firmy TechnoLab, wdrażającej nowe rozwiązania technologiczne. Studenci owszem wiedzą jak się uczyć kolejnych formułek, ale nie potrafią wykonać prostych czynności. Nawet obecnie testy kompetencji odbywają się często na papierze – student opisuje w jaki sposób włączyć guzik lub ustawić maszynę.

Dlatego nawet po studiach nie jest się kompetentnym i pełnowartościowym pracownikiem, bo wciąż brakuje zwykłych umiejętności. „Nie mam dobrych wspomnień po zatrudnianiu absolwentów. Dlatego organizuję szkolenia dla studentów, aby mogli podpatrzeć jak ich teoria wygląda w codziennym życiu. To daje bardzo dużo młodemu człowiekowi, ale powinien on oczekiwać tego od swojej uczelni, a nie pracodawcy” – wyznaje Mateusz Barka z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Karat. Wykładowca jest, aby być Jednym z głównych grzechów polskich uczelni, poza miernym przygotowaniem studentów do przyszłej pracy jest brak rozsądnej polityki kadrowej.

Uczelnie określając swoje kierunki nie patrzy na dziedziny potrzebne na rynku pracy, ale bierze pod uwagę możliwości kadry dydaktycznej. A jak wiadomo dla wielu konserwatywnych naukowców do nauki książka w zupełności wystarczy. „W Stanach Zjednoczonych akademickie jednostki doradztwa zawodowego informują o ścieżkach kariery, po których wiadomo czym można się zajmować po ukończeniu konkretnego kierunku studiów.

To pomaga wybrać najlepszy blok przedmiotów w trakcie nauki. Natomiast u nas sporo przedmiotów jest zupełnie niepotrzebnych i dlatego tak powszechna stała się zasada trzech Z” – mówi Piotr Sarnecki z Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy PKPP Lewiatan, ekspert przygotowujący projekt edukacji dla rynku pracy. Według Sarneckiego, równie ważne jest promowanie naukowców wykorzystujących nowoczesne rozwiązania i dopuszczenie prywatnych korporacji na uczelnie – w końcu nie ma to jak wiedza przekazana od fachowca.

 

www.ZielonyDziennik.pl, Tomasz Zdunek Artykuł wcześniej opublikowany w magazynie KARIERA