Najdroższa motorówka świata

0
1259
views

Historia pewnej motorówki. To że polskie wojsko nie wie czego chce, nie powinno to nikogo dziwić. W naszym kraju nikt nie wie czego chce – więc dlaczego wojsko czy też marynarka wojenna miała by być inna od reszty? Dlatego nie należy się dziwić, że marynarka wojenna wydała już ponad 400 milionów złotych na kadłub statku którego nie powinniśmy budować.

To nie pierwsze zmarnowane pieniądze w naszym pięknym kraju. Mowa tu oczywiście o najsłynniejszym statku naszej floty – czyli Gawronie. Budujemy to cudo od dziesięciu lat, wydaliśmy ponad 400 milionów złotych, a zbudowano dopiero kadłub statku. Gdyby chciało się go rzeczywiście zwodować i wyposażyć, trzeba by było kolejne siedemset milionów (przy dobrych wiatrach). Chyba dobrze się stało, że minister obrony narodowej zakończy w końcu tą farsę.

Gawron czyli marzenie admirałów wziął się z tego, że wszyscy pozostali coś dostali. Lotnictwo dostało upragnione F-16 – najlepiej przystosowane do walki samoloty wielozadaniowe. Piechota dostała Rosomaki. A co z flotą? Przez ostatnie 20 lat nie dostali niczego nowego. Trudno za coś takiego uznać przestarzałe i drogie w utrzymaniu i remontach statki ze Stanów Zjednoczonych. Ja wiem, że darowanemu koniowi nie powinniśmy patrzeć w zęby – ale bez przesady. To wcale nie był dobry prezent. Bo bardzo drogi, mocno leciwy i bez przerwy psujący się. Taniej wychodzi pocięcie na żyletki niż nowe, zaplanowane już dawno temu remonty (oczywiście w stoczniach amerykańskich). Tak samo należy zrobić z niedoszłym Gawronem. Mówię niedoszłym, bo przecież ta motorówka, jak o niej piszą media jest daleka do użyteczności. Ale 400 milionów na motorówkę, to chyba przeszliśmy samych siebie w rozrzutności i głupocie.

Pytanie jest takie. Po co zaczęto budować statek, a w zasadzie serię statków (pierwsze plany mówiły o siedmiu! sztukach) skoro w zasadzie go nie potrzebujemy. A dlaczego nie potrzebujemy? Jesteśmy teraz w takim położeniu geopolitycznym, że atak od strony morza nam nie grozi. A jedyny potencjalny wróg nie muesiałby się zbliżać do nas z tej strony. Rosja – nasz jedyny prawdziwy przeciwnik, którego w tym momencie możemy się obawiać, ma łatwiejsze drogi dojścia do nas. Nie mamy na wschodniej granicy żadnej naturalnej przeszkody, żeby ich na niej zatrzymać, tak więc nasze morze nie stanowi drogi ataku. Nie ma takiej potrzeby, po prostu. Dlatego też nie potrzeba nam Gawrona, ani nawet siedmiu z nich. Z całą naszą flotą można by się rozprawić w ciągu 15 minut konfliktu. Nie, naszą marynarkę wojenną trzeba zupełnie przeprogramować. Jak twierdzą znawcy potrzeba nam statków rozminowujących podejścia do lądu, a także rakiet mogących zestrzelić cokolwiek by się mogło przez te miny przebić. I tyle. Nie potrzebujemy drogich i dużych statków – nawet na misje zagraniczne. Powinniśmy racjonalnie wydawać pieniądze, bo nie ma ich zbyt wiele.
Jak sobie przypominacie z drugiej wojny światowej zrobiliśmy ten sam błąd. Sytuacja wprawdzie była inna – nasze granice były bardziej narażone niż teraz. Z Warszawy do granicy z Niemcami (Prusy Wschodnie) było raptem 100 kilometrów, a granica z Rosją była znacznie dłuższa niż obecnie. Mieliśmy zdecydowanie więcej wrogów i znacznie mniej przyjaciół. Ale także próbowaliśmy zaistnieć na morzu – to była nasza sprawa prestiżowa. Ale cała nasza flota, a raczej flotka była nam niepotrzebna. Nie mogła nas przed niczym obronić. I de facto nie przydała się nam do obrony we wrześniu 1939 roku – czyli w momencie śmiertelnego zagrożenia. Owszem, miała potem sukcesy – jak znalezienie „Bismarcka”, ale to już inna historia. W każdym razie lepiej było te pieniądze, które wydano na drogie statki, użyć gdzieś indziej. Może wynik byłby taki sam, ale może walczylibyśmy trochę dłużej. Może to by coś dało? Nie wiadomo. Nie powinniśmy jednak powtarzać tego samego błędu co przed osiemdziesięciu laty.

I teraz jesteśmy w podobnej sytuacji jak przed wojną. 400 milionów złotych na pewno dałoby się inaczej wykorzystać niż na budowę najdroższej motorówki świata. Poza tym, może należałoby rozwiązać całą marynarkę? Albo podłączyć ją pod lotnictwo czy armie lądową? Na razie mamy przestarzałą, drogą i niewydolną siłę, a raczej jej namiastkę, której nie możemy wykorzystać. Za to mamy więcej admirałów niż jednostek liniowych! Coś tu chyba nie gra. Niepokojące jest tylko to, że dopiero teraz, po 10 latach od zaczęcia budowy zaczęto kwestionować sens rozpoczęcia tej inwestycji. Czy zawsze tak musi być? Że najpierw wydajemy pieniądze, a potem zastanawiamy się, czy to rzeczywiście jest nam potrzebne? Mam nadzieje, że to będzie dobra nauczka…

 

Artur Pomper