Dziennik emigranta, dzień czwarty: o nauce języków obcych

0
1038
views

04.01.2011 Torquay Dziennik emigranta
Dzień czwarty: o nauce języków obcych

Dzisiejszego dnia spotkałem kilku Polaków, co samo w sobie nie jest czymś niezwykłym w mieście, w którym mieszkam. Jednak nasza rozmowa zeszła na temat nauki angielskiego. Już kiedyś zdarzyło mi się coś na ten temat napisać, ale trzeba o tym mówić więcej.
Ja nie rozumiem jak ktoś, kto mieszka w obcym kraju nie chce nauczyć języka. Nie chce, albo nie może. Porozmawiałem dziś z trójką Polaków. Każdy z nich jest w Anglii ponad pięć lat, a żaden z nich nie opanował języka w stopniu dobrym. Ja nawet nie mówię, że w stopniu perfekcyjnym. Ale żaden z nich nie potrafi czytać po angielsku. Jeden z nich, czterdziestosiedmioletni facet ma problem ze słuchem i to jest największą przeszkodą w nauce obcego języka. I przez prawie dziesięć lat nie udało mu się nauczyć. Kiedyś poznałem młodego chłopaka, który było odporny na naukę angielskiego. Ale to są wyjątki. Pozostali po prostu są zbyt leniwi. I to jest straszne.

Jakoś w to nie wierzę, że język może nie wchodzić do głowy. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Bo jeśli się czegoś bardzo chce, to można zrobić wszystko. Tak samo jest z nauką języków obcych.
Prawą jest, że przeciętna osoba jest w stanie nauczyć się dziesięciu nowych słów dziennie. A przeciętna osoba potrzebuje do zwyczajnej konwersacji około tysiąca słów. Zarówno Polak jak i Anglik potrzebują mniej więcej tej samej ilości słów – zaledwie tysiąca. Dzięki temu zasobowi potrafią się porozumieć, ujawnić swoje uczucia i frustrację, załatwić sprawę w banku, kupić potrzebne produkty w sklepie, posłuchać radia czy obejrzeć telewizję. Może nie od razu dziennik ekonomiczny, ale ten zasób słów jest wystarczający do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. (Zupełnie inna sprawa, że przeprowadzone badania udowodniły, że polski program informacyjny jak dziennik telewizyjny na dowolnym programie polskiej telewizji w pełni rozumie całe dwa! procent społeczeństwa. Dwa procent.)

Jednak pozostańmy przy tym tysiącu słów. Tysiąc słów, podzielmy przez dziesięć słów dziennie – co daje dokładnie 100 dni. Trzy miesiące. I nie trzeba poświęcać nie wiadomo ile czasu na to. Jestem święcie przekonany, że godzina poświęcona dziennie by wystarczyła. A godzinę każdy jest w stanie poświęcić dziennie. A żeby to wszystko jeszcze lepiej do głowy wchodziło proponowałbym godzinę dziennie oglądania telewizji. Żeby się osłuchać jak rodowici Anglicy posługują się swoim językiem. Bo przecież i tutaj występują regionalne akcenty – zupełnie jak w Polsce. Ważne, żeby rozumieć wszystkie.
Jak już się ogląda telewizję to nie powinien być ten sam program – bo kiedyś mieszkałem z hiszpańskim studentem, który oglądał odcinki Top Gear po kilkanaście razy. Czy nauczył się czegoś? Na pewno nie tyle, co dałoby mu oglądanie różnorodnych programów. To nie jest metoda. W poniedziałki jakąś operę mydlaną – których tu jest mnóstwo i nadawane są od pięćdziesięciu lat (Corronation Street) , we wtorki jakiś program sportowy. We środę coś innego, i tak dalej. Do wyboru do koloru. Jeśli masz odbiornik z teletekstem – włącz sobie napisy. W ten sposób łatwiej połączysz dźwięk ze słowem – i będziesz w stanie nauczyć się tego szybciej.
Dodatkowo, jeśli w pracy możesz słuchać radia – słuchaj takiego, gdzie będą dużo mówić, a nie takiego gdzie będą grać muzykę cały czas. W niedługim czasie twój angielski się poprawi. A z tym przyjdzie i lepsza praca, może w tej samej firmie, albo w innej.
Ostatnim co możesz zrobić, jeśli chcesz poznać szybko angielski – rozmawiaj z Anglikami. W pracy, poza pracą. Nie bój się jeśli popełniasz błędy. Większość z nich i tak się cieszy, jeśli ty próbujesz porozumiewać się w ich języku. I znaczna część z nich będzie starała ci pomóc, poprawić cię, jeśli powiesz coś źle. To niesamowita pomoc dla każdego.
W ten sposób można poznać każdy język, nie tylko angielski.

Artur Pomper