Dziennik emigranta: o nudzie

0
1023
views

06.01.2011 Torquay

Dzień szósty dziennika emigranta: nudę trzeba polubić

Dziś chciałem porozmawiać o nudzie. Odpowiedzcie sami sobie – jak często się nudzicie? Czy znajdujecie czas, żeby się nudzić? Czy nuda was denerwuje tak samo jak nudziarze? Bo nudziarze denerwują nawet największych nudziarzy. A spotkałem ludzi, którzy nudzą się całymi dniami. Dzień w dzień. Od dawna. Zastanawiam się jak tak można.
Ja osobiście nudziłem się tak rzadko, że tą nudą się rozkoszowałem. Rozpływałem się w niej, sprawiała mi przyjemność. W te rzadkie chwile, kiedy się mi przytrafiała – ja sobie ją wtedy po prostu ceniłem. I to bardzo. Bo należę do tych ludzi, którzy mają za mało czasu, żeby się nudzić. Bo tyle rzeczy jest zobaczeni, wysłuchania, przeczytania i poznania na świecie. Nudzenie się jest dla mnie marnotrawstwem czasu. A czasu ani się nie da zmagazynować, ani odłożyć na później. Więc powinniśmy sobie czas cenić. Staram się za wszelką cenę, żeby się nie nudzić. Zajmuje sobie czas. Nawet nie chodzi o to, że tak jak większość ludzi muszę pracować – ah! jak to by było miło być bogatym – ale przecież jest tyle innych rzeczy do zrobienia. Nawet nie w domu – wyznaję zasadę „przewróciło się, niech leży”, ale tak zwanych rzeczy. Ale ostatnio, będąc pewien, że jestem z nudą „za-pan-brat” zdarzyło się coś niezwykłego. Nuda przyszła i nie mogłem jej odgonić.

Zdarzyło mi się to w pracy – sprzedaje wino w niewielkim sklepie w odległej od centrum dzielnicy miasta. Najgorsze dla biznesu są wtorki i niedziele, ale przynajmniej w niedziele otwarte mamy tylko pięć godzin – więc nie jest tak źle. Poza tym codziennie mamy otwarte po dziesięć godzin. Zdarza mi się, że zamykam i otwieram sklep, ale dość rzadko. To stało się właśnie takiego ponurego wtorku, kiedy miałem być w sklepie bite dziesięć godzin. Pogoda była pod psem: a zauważyliśmy z szefem zasadę – jeśli na zewnątrz pada deszcz, albo jest brzydko – do sklepu prawie nikt nie zagląda. Wino nie jest towarem najwyższego zapotrzebowania (przynajmniej dla większości) i jeśli ktoś nie musi, zostaje w domu. Więc był to taki nieciekawy wtorek. Ludzi niewiele, pogoda pod psem. W dodatku wtorek w ogóle jest cichy, zwłaszcza jeśli poniedziałek wcześniej był znośny. A dzień poprzedni był całkiem owocny dla interesu.
Właśnie w taki wtorek miałem pecha – brak internetu (z którego na szczęście mogę w pracy korzystać). Skląłem dosadnie dostarczyciela usługi, ale nic nie mogłem zrobić. Nawet szef nie mógł mi tego dnia pomóc, bo był gdzieś daleko. Musiałem znaleźć sobie coś, żeby nie oszaleć. Zrobiłem już w sklepie wszystko, co można – poodkurzałem, porwałem kartony po butelkach z wina, posprzątałem zaplecze, zapełniłem lodówkę w której chłodzą się wina. Zapełniłem po brzegi półki, tak że uginały się pod ciężarem butelek. Poczytałem periodyk poświęcony winie. Przeczytałem wybrany fragment z książek o winie (trzeba się uczyć o swoim towarze). Obsłużyłem tych paru nieszczęśników, którzy musieli się wybrać w taki paskudny dzień. Nawet – czego absolutnie nie znoszę zabrałem się za ścieranie kurzów z półek. Zrobiłem to wszystko. I pomimo tego, że starałem się być zajęty nuda mnie dopadła.

Po raz pierwszy doszedłem do wniosku, że można się nudzić będąc naprawdę zajętym.
To dla mnie była zupełna nowość, przykra nauczka, że świat nie jest taki jakim się go wiedzi. Wcześniej zawsze wydawało mi się, że nudzić się można tylko wtedy, gdy nic się nie robi. Mój błąd. Na szczęście nawet najdłuższe dziesięć godzin kiedyś się kończy i mogłem spokojnie wrócić do domu. Nigdy wcześniej nie wychodziłem ze sklepu z takim wyczekiwaniem końca.

Uświadomiłem sobie, że nuda jest niezależna od tego czy coś robisz, czy nie. I że czasem cokolwiek będziesz robił – nie da się jej odgonić. Co wtedy trzeba zrobić? Nudę trzeba czasem polubić.
Czego Państwu i sobie życzę…

Artur Pomper