Dziennik emigranta: o książkach i rynku wydawniczym

0
586
views

16.04.2011 Torquay
Dziennik emigranta: grafomania czy też nowa literatura?
Świat literatury jest bogaty, ludzie codziennie publikuje tysiące tytułów.

Sagi, powieści w odcinkach, poradniki, co kto może. Są tacy którzy powiedzielibyśmy za przykładem poety mają w głowach obrazy, są tacy, co mają zaledwie kołatkę odpowiadającą tak – tak, nie – nie. Są tacy którzy w pocie czoła piszą stronice. Innym przychodzi to zupełnie łatwo, a kartki zapełniają ze zdumiewającą szybkością. W najnowszym filmie Polańskiego „Duch” jest taka scena, gdy główny bohater, który jest pisarzem pomagającym pisać czyjeś autobiografie jest na amerykańskim lotnisku i celnik się go pyta o zawód. On opowiada pisarz, a co pan pisze dopytuje celnik. Autobiografie – odpowiada bohater grany przez Evana McGregora. A to nie trzeba być kimś sławnym, żeby pisać autobiografie – Evan odpowiada – już nie. I istotnie postać grana przez niego ma pomóc w napisaniu autobiografii byłego angielskiego premiera (postać tą gra Pierce Brosnan). To oczywiście fikcja, ale z drugiej strony niedawno w księgarni widziałem autobiografię Justina Biebera. Chłopak ma zaledwie 16 lat! To chyba już przesada.

Podobne zdziwienie wzbudziła we mnie biografia zwycięzcy ubiegłorocznego angielskiego X – Factora – programu szukającego muzycznych talentów. Zwycięzca, Matt Cardle ma zaledwie 28 lat. Jego wielkim sukcesem było wygranie ostatniej edycji konkursu talentów, a potem udało mu się sprzedać 850 tysięcy kopii swojego debiutanckiego singla – który został najlepiej sprzedającym singlem w Wielkiej Brytanii przed świętami Bożego Narodzenia w ubiegłym roku. Nie wiem, ale wydaje mi się, że to trochę za wcześnie, żeby kusić się na biografię. Nie wspominając o nastolatku Bieberze – to już zdecydowanie przesada!
Wydana niedawno biografia ewenementu na światową skalę – Susan Boyle, która zabłysnęła w programie Britain Got Talent, śpiewając „I had a dream” z musicalu „Nędznicy”. 47 letnia wówczas nieznana nikomu kobieta stała się sensacją w jedną noc, głównie dzięki stronie youtube.com – gdzie można zamieścić swoje filmy. Susan Boyle była samotną kobietą, mieszkającą w domu należącym do samorządu. W ciągu dwóch lat od programu stała się międzynarodową gwiazdą, sprzedając kilka milionów egzemplarzy z debiutanckiej płyty. Jako 49 latka, z pewnością miała więcej do opisania niż dwaj wcześniejszy panowie, ale i w tym przypadku biografia to chyba zdecydowanie za dużo.

Ale to co jest nowego w naszej rzeczywistości, to wirtualni wydawcy. To znaczy tacy, którzy jeśli masz pieniądze to wydadzą twoją książkę. Czyli w zasadzie kompletne odwrócenie ról pisarz-wydawca. I jeśli uważasz, że twoje dzieło zasługuje na to, żeby czytali go inni, a nie chce ci się przechodzić przez żmudny proces wysyłania rękopisów (oczywiście tylko w nawiasie – bo nikt w wydawnictwach nie będzie czytał niczego innego niż tekst komputerowy). Albo jeśli ktoś nie ma szczęścia z tradycyjnymi wydawcami – zawsze jest szansa na wydanie książki swoim sumptem. I to nie kosztuje dziś fortuny. Ładnych parę lat temu widziałem program, w którym można było własną książkę – ładnie oprawioną, zszytą i ze wszystkimi dodatkami wydać za 10 dolarów za sztukę.

Inna sprawa, że nawet książki rewelacyjne mogą zostać niedostrzeżone przez wydawnictwa – świetnym przykładem jest „Harry Potter” – dziś absolutny fenomen księgarski, został wydany przez ostatnią firmę z branży do której pani Rowling wysłała egzemplarz maszynopisu. Dopiero ostatni wydawca doszukał się potencjału w jej opowieści o młodym czarodzieju. Więc może na rynku książek jest podobnie jak na wojnie – wszystkie chwyty dozwolone?

Artur Pomper