Dziennik emigranta: dziesiąta rocznica zamachów na World Trade Center w Nowym Jorku

0
655
views

11.09.2011 Torquay

Dziennik emigranta: dziesiąta rocznica ataku na World Trade Center.

Pamiętam jak dziś. To było dziesięć lat temu. Nie wiem czy to była sobota czy niedziela, ale oboje rodzice byli w domu, więc musiał być to weekend. Rodzice wybrali się na grzybobranie. Było ciepłe popołudnie. Włączyłem telewizor i coś oglądałem. Wtem nagle telewizja przerwała nadawanie programu, który właśnie oglądałem. Zobaczyłem samolot wbijający się w jedną z wież budynku World Trade Center. Potem drugi samolot zrobił to samo niszcząc wieżę. Świat i ja byłem w szoku. Wszyscy wiemy co się stało potem.

Amerykańska duma i potęga – jak się wtedy wydawało – została zniszczona bezpowrotnie. Mogę tylko sobie wyobrażać jak się czuł przeciętny Amerykanin. Ich świat został kompletnie zniszczony. Z pewnością czuli się podle i chcieli odpłacić odpowiedzialnym za ten atak. To chyba naturalne.
Nowy York (jak czytałem w The Times z tego tygodnia) wciąż nie otrząsnął się z tego koszmaru. A świat czekał z zapartym tchem co się stanie potem. Nikt nie przypuszczał, że to jest coś innego niż wojna. Terroryzm? To się zdarzało gdzieś indziej – Izrael i Palestyńczycy, Indie i Kaszmir, Hiszpania i jej Baskowie, Rosja i jej wojna z terroryzmem czeczeńskim. Wielka Brytania już o nim zapomniała po wygaszeniu walk z IRA. Kolumbia i jakieś mało znane kraje – to było miejsce na walkę terrorystów. Terroryzm jednak nie dotyczył Ameryki. Chyba, że przypomni się o ich maniakach walczących za pomocą legalnej broni. Jednak międzynarodowy terroryzm do Ameryki nie dotarł. A tu proszę – jest. I to w jakim rozmiarze!

W ten feralny dzień zginęło prawie trzy tysiące osób. W budynku World Trade Center (pracownicy, strażacy i policjanci ratujący ludzi), w Pentagonie, w który wbił się trzeci samolot. W samolotach, zwłaszcza w słynnym już locie nr 93, gdzie pasażerowie poświęcili swoje życie, żeby walczyć z terrorystami na pokładzie. To był szok. To do tej pory był największy akt terroryzmu na świecie.
Ameryka postanowiła walczyć. Tylko jak walczyć z wrogiem, który nie ma państwa, który nie ma swojej siedziby, który nie broni obywateli. To dlatego Amerykanie weszli do Iraku i Afganistanu, które sponsorowały terrorystów Al-Kaidy i Osamy bin Ladena. I pod pretekstem szukania broni masowego rażenia, które wcześniej do Iraku sama Ameryka dostarczała (na wojnę z Iranem choćby). W tej dziwnej wojnie pomagaliśmy my – Polacy. Ale nie był to nasz wybór. Zadecydowali wtedy Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski. Obydwoje chcieli coś uzyskać za tą pomoc. Ani jednemu ani drugiemu to nie wyszło – za to zginęło tylu polskich żołnierzy. Zbyt wielu. A wszyscy mieszkańcy Iraku i Afganistanie, którzy zginęli broniąc nielubianych władców i kacyków. Ich nikt nie policzył. Ale straty cywilne były gigantyczne. Niby nowoczesna wojna, ale cywile wciąż giną.
Niestety też nie udało się osiągnąć zamierzonych skutków. Nie jest bezpieczniej. Ani w Ameryce, ani na świecie (popatrz na zamachy w londyńskim i madryckim metrze), ani w Iraku czy Afganistanie. Szczególnie Irak jest porażką Stanów Zjednoczonych i całego świata. Kraj jest rozdarty wewnętrznie, jest coraz bardziej niesprawiedliwy, trudno mówić o spokoju, gdy codziennie prawie wybucha coś w Bagdadzie.

Bilans ostatnich 10 lat jest opłakany. Z momentem gdy Ameryka wypowiedziała wojnę terroryzmowi – Ameryka ją przegrała. Bo to nie była konwencjonalna wojna. Zresztą nawet podbicie Iraku i Afganistanu to nic w porównaniu z ich zarządzaniem i jego okupowaniem. Kolosalny dług publiczny, kompletna porażka prestiżowa. I wcale nie oczywisty sukces wojskowy. Chaos w Iraku. Kryzys finansowy i bezrobocie. Bezpieczeństwa nie osiągnięto, a wydano kosmiczne wręcz pieniądze. Na dodatek Amerykanie musieli zrezygnować ze swoich praw obywatelskich na rzecz bezpieczeństwa. Wątpię żeby ktokolwiek był taką zamianą był specjalnie uszczęśliwiony. Osama bin Laden – mózg operacji 9 września 2001 roku został zabity dopiero w tym roku. I wcale się tak bardzo nie ukrywał. Trzeba jednak raczej nazywać rzeczy po imieniu – Osama bin Laden został zamordowany. Z zimną krwią. Ameryka straciła dziewictwo? O ile je miała. W każdym razie odmówienie jego procesu – bo żołnierze nie mieli rozkazu go pojmać, ale zabić – poważnie kwestionuje moralną wyższość Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Amerykanie stracili i to w walce z terroryzmem. Zabicie bin Ladena – to było bezprawie – ktoś poczuł się prokuratorem, sędzią i katem w jednym. To pyrrusowe zwycięstwo. Podobnie jak cała kampania przeciwko terroryzmowi.

Dziesięć lat po zamachu na World Trade Center świat z pewnością nie jest ani bezpieczniejszy, ani szczęśliwszy. Amerykanie wprawdzie zgładzili mózg tej operacji, ale nie udało im się całkowicie wyeliminować zagrożenia. Nie pomogły temu wojny w Iraku i Afganistanie. Przeciętny mieszkaniec Ameryki klnie na Osamę nie z powodu tych trzech tysięcy istnień, które ten atak pochłonął ale tego, że gospodarka ledwo zipie. I że benzyna jest droższa, i coraz trudniej dostać kredyt hipoteczny na własny dom. Osama nigdy by nie przypuszczał, że jego atak wywoła taki zamęt.

Artur Pomper