Teatr moim życiem, muzyka wciąż drzemie we mnie

0
1230
views

W niewielkiej małopolskiej miejscowości Sobótkowo, mieszka pani Krystyna Półtorak, która od lat czterdziestych ubiegłego stulecia, bawiła swoim śpiewem i grą na gitarze, publiczność oglądającą występy teatru Romantica.

Pewnego razu, na winklu stoję
Idą żandarmi, ja się nie boję
Bo choć zabiorą mi życia kwiecie
Będę Polakiem na tamtym świecie

 

– Kocham muzykę, i zawsze pragnę się nią dzielić z innymi- mówi Krystyna Półtorak. We wczesnych latach czterdziestych ubiegłego wieku, Jan Radomski założył podkrakowski teatr sezonowy Romantica, w którym znalazłam angaż, jako gitarowa pieśniarka. Nasze występy polegały na krótkich inscenizacjach historyczno- wokalnych, a także na pokazach baletowych. Wszystkie te pokazy, zawsze zwieńczała moja gra gitarowa, która w połączeniu ze śpiewem potrafiła wywrzeć na widzach bardzo pozytywne wrażenie. Ponieważ jeszcze w latach czterdziestych trwała najbardziej z zajadłych wojna, wśród naszych pieśni przeważały te, które nacechowane były szczególnym patriotyzmem, a także niczym niezatartą miłością do ojczyzny- relacjonuje pani Półtorak. Występy naszego teatru, odbywały się pod płaszczykiem pełnej konspiracji, a miały one miejsce w domach państwa Jóżwiaków lub Tyńskich, w miejscowości Podgierz.

U państwa Tyńskich w domu wspaniałym
Dużo mówimy, dużo śpiewamy
I choć za oknem wojna się toczy
Wolność już widzą, aktorów oczy

Mimo, że oglądających nas widzów było niewielu, to i tak potrafiliśmy zawsze ich doprowadzić do nostalgii i głębokiego wzruszenia, co było symbolem ich niczym niezmąconego patriotyzmu. Pamiętam – dodaje pani Krystyna, jak podczas takiego występu, zagrałam i zaśpiewałam Pieśń Legionów. Jakież było moje wzruszenie, gdy podczas refrenu ludzie zaczęli nucić wraz ze mną słowa tej starej pieśni, a podczas obsypywania mnie oklaskami wszyscy wstali.

Pewnego razu, nasz choreograf i założyciel teatru pan Radomski, zorganizował występ wokalno- instrumentalny, ale niestety plany te spoczęły na niczym, gdyż tego dnia Niemcy urządzili sobie uliczną łapankę, zatem aby nikogo nie narażać, szybko odwołane były nasze przedstawienia. Lata wojny, nie zawsze pozwalały nam na granie tego, co byśmy bardzo chcieli. Niekiedy podczas naszych występów, o jakichkolwiek motywach patriotycznych nie mogło być mowy. Pewnego razu, będąc już na scenie, widzieliśmy jak do domu państwa Tyńskich zawitali jacyś obcy ludzie, a my nie wiedząc czy to zaproszeni goście, czy to może przyszedł ktoś na zwiady, śpiewaliśmy szereg różnych pieśni, które być może nie trafiały do serc, spragnionych tego widzów. Pewnego razu, nastała sroga zima roku 1943. Nikt z naszych aktorów nie miał opału na zimę, zatem chodziliśmy do lasu na wycinkę drzewa. Tam spotkaliśmy panią Jurczakową, naszą dawną nauczycielkę polskiego, która zaprosiła całą grupę teatralną do siebie na wigilię. Gdy nastał ten najpiękniejszy wieczór w roku, Romantica, rozpoczęła swój występ. Oprócz kolęd i pastorałek, śpiewaliśmy pieśni patriotyczne takie jak „Rozkwitały pąki białych róż”, lub „Pierwsza kadrowa”. Nagle ktoś wpadł z wielkim hukiem do domu Jurczakowej i doniósł, że jej mąż został zabity w murach Pawiaka. Rozpaczy tej kobiety nie utuliły nasze pieśni, ale kazała nam ona je śpiewać ciągle, bo to właśnie one przypominały jej męża.

 

 

Lata powojenne, były dla nas o tyle lepsze, gdyż nasze występy, nie musiały już należeć do konspiracyjnych. Dalej byliśmy teatrem sezonowym, ale teraz nasz choreograf pan Jan, dołożył wszelkich starań, aby móc też wyjeżdżać na spektakle objazdowe. I tak, nasze spektakle ujrzały Warszawę, Kraków, Radom, Opoczno, a nawet Dom Kultury w Jeleniej Górze. Wówczas, już nie musieliśmy się kryć ze swoim patriotyzmem, a gdy śpiewaliśmy cudowną pieśń zatytułowaną Czerwone Maki na Monte Casssino, ludzie śpiewali razem z nami, a po niejednej twarzy spływały potoki łez. Do niedawna śpiewałam zawsze sama. Właściwie rzec by można – dodaje pani Krystyna, moje występy kończyły nasze spektakle. Ale od pewnego czasu, Radomski zaproponował mi śpiew w duecie razem z Kaziem Witkiewiczem. On grał na harmonii, ja na gitarze, a nasze połączone głosy, brzmiały nawet nieźle. Po pewnym czasie, Jan Radomski, zatrudnił niejaką panią Zosię, która odpowiedzialna była za nasze stroje teatralne. Od tego momentu, wraz z Kaziem ubrani zostaliśmy w mundury wojska polskiego, a nasz śpiew i gra, rozrzewniały niejedno serce widza. Tola Jaskierska, ubrana zaś była w zwiewną sukieneczkę z błękitnego tiulu, a śpiewała ona zawsze arię Anny, która straciła na wojnie swojego ukochanego porucznika Andrzeja. Witek Nowak natomiast, przebrany był za księdza, a jego basowe interpretacje arii starego księdza Macieja, żegnającego poległych żołnierzy, również dodatnio wpływały na wyobraźnię widza.

Maniek Porzeczkowski, miał zdobyczny w czasie wojny hełm, który zakładał na swoją głowę, śpiewając partię pułkownika Leszczyńskiego, który poległ w czasie kampanii wrześniowej pod Kockiem. Nasza garderobiana, a także i nasza sceniczna wyobraźnia, potrafiły zawsze dopiąć swego. A zwieńczeniem tego, było ogólne zadowolenie publiczności, która po skończonym spektaklu nieraz przez pół godziny skandowała, nazwę naszego objazdowego teatru Romantica. Pamiętam, jak mająca krzywe nogi Wanda Niemczykówna, miała kreować Halkę, z opery Moniuszki. I śpiewając pewną kwestię z tego scenicznego dzieła, podskoczyła do góry, a w pasku podtrzymującym jej spódniczkę, pękła guma. Piękna, falbaniasta spódnica obsunęła się z Wandzi, a jej krzywe nogi, do rozpuku rozbawiły publiczność. Teatr nasz był żywym upustem naszej wyobraźni i przedstawieniem tego, co przeżyła nasza ojczyzna – relacjonuje pani Półtorak. Pewnego razu, pojechaliśmy z naszym występem do Koluszek, a tam od miejscowej ludności dowiedzieliśmy się, że funkcjonariusze SB, aresztowali kilku mieszkańców miasteczka, za podżeganie do działalności antyrządowej.

Byli niedawno w Polsce wojacy,
Co na mundurze swastykę mieli
A teraz gnębią nas jacyś tacy,
Co młotem i sierpem Polaków wyrżnęli

 

Wszystkim mieszkańcom Koluszek i co tu dużo mówić i nam także, serce krajało się na takową okoliczność. Sytuacja ta podpowiedziała nam, że jednak dziś nie możemy śpiewać pieśni wesołych, a jedynie te, które na zawsze utwierdzą wszystkich o tym, że jesteśmy Polakami i potrafimy odeprzeć niejeden atak. Lata sześćdziesiąte, nie były dla naszego teatru czasem pełnej przychylności. Dwie koleżanki ze sceny, opuściły nasze towarzystwo teatralne, w poszukiwaniu lepiej platnego zajęcia, zaś Mietek Pączkowicz i Adaś Sulima, przepadli gdzieś bez wieści. Po woli, rozpadało się to, co do niedawna stanowiło solidne podłoże naszego jestestwa. Co było też sensem naszego życia i poezją, dającą nam ukojenie każdego dnia. Dziś jako pamiątkę z tamtych dni, posiadam starą gitarę, na której ucinam sobie dawne melodie, które stanowią dla mnie niezastąpioną czarę dobrego smaku i niezatartych wspomnień. Nigdy nie wyszłam za mąż, nie mam też dzieci, ale nie jestem osobą samotną, bo zawsze otacza mnie grono wielbicieli, którzy widzą we mnie prawdziwą artystkę – mówi Krystyna. Często wraz z moim przyjacielem Zenkiem Dąbrowskim, wyjeżdżamy na wczasy sanatoryjne i tam nigdy nie możemy oprzeć się usilnym prośbom kuracjuszy, którzy proszą nas o maleńki występ, którego trzon stanowią pieśni patriotyczne, sprzed ponad sześćdziesięciu lat- kończy pani Półtorak.

EWA MICHAŁOWSKA WALKIEWICZ