Szara strefa w Polsce

0
619
views

Czy da się ograniczyć szarą strefę w Polsce? W zasadzie odpowiedź na to pytanie powinna brzmieć nie. A dodatkowo rząd Tuska tuż przed wyborami powiększył szarą strefę. Jak to zrobił? A pamiętacie podwyższenie płacy minimalnej?

Podwyższenie z tysiąca trzystu do tysiąca pięciuset zwiększyła wypłaty całkiem znacznej liczbie ludzi. Ale przyczyniła się w dłuższym czasie do zwiększenia albo bezrobocia albo przejścia wielu zatrudnionej do szarej strefy. Ale ważniejsza była kampania wyborcza…

W naszym kochanym kraju pracodawcy płacą duży haracz za zatrudnienie ludzi. Nie tylko muszą płacić wynagrodzenia, najgorsze są wpłaty na kochany, acz nieefektywny ZUS. A kiedy płaca minimalna się podnosi – podnoszą się daniny na rzecz tego molocha. Niektórym się wydaje, że ta sto pięćdziesiąt złotych nie powinno zrobić różnicy. Ale nie u wszystkich pracodawców każdy pracownik wypracowuje zysk. I wtedy, gdy podnosi się mu pensje ustawą – to co pracownik wypracuje niekoniecznie równa się jego wypłacie. Wypłacie plus to co się należy ZUS-owi. I wtedy zaczyna się problem. Można go rozwiązać na kilka sposobów. Można pracownikowi obciąć etat – o ile jest z czego obcinać. Można pracownika zwolnić – niech się martwi sam, a jego pracę przerzucić na pozostałych pracowników. Można takiego delikwenta zwolnić, a potem przyjąć go na inną formę umowy o pracę. Ale jak pamiętamy po trzeciej umowie na czas określony pracodawca ma tylko dwa wybory – albo nie przedłużyć umowy, albo przyjąć na czas nieokreślony (a wtedy znacznie trudniej taką osobę zwolnić, bo prawo pracy mówi, że osoba która przepracowała 3 lata ma mieć trzymiesięczny czas wypowiedzenia umowy). Jest też inna opcja. Coraz bardziej popularna. Zwalnia się pracownika. A potem zatrudnia się go na czarno. Pracownik zadowolony – bo ma pracę. Pracodawca zadowolony bo ma tańszego pracownika. Tańszego bo nie płaci mu ZUSu – czyli składki emerytalnej, składki rentowej, ubezpieczenia zdrowotnego – czyli 840 złotych miesięcznie (podając tylko najniższą stawkę). Pracownik jednak na tym traci – raz musi co miesiąc się pojawiać w PUP-ie(a to strata czasu i pieniędzy na dojazd), żeby nie stracić ubezpieczenia zdrowotnego, po drugie traci bo nie odkłada mu się na emeryturę, po trzecie nie mając pracy – nie dostanie kredytu w żadnym banku oprócz Prowidenta i jemu podobnych. Pracownik traci więc potrójnie. I traci też państwo. Musi więcej dopłacać do ZUSu, musi płacić zasiłki dla bezrobotnych i inne zapomogi. Ponadto każde zwiększenie płacy minimalnej powoduje zwiększenie wypłat w administracji (oraz oczywiście danin do ZUSu). Koszty wzrastają wszędzie. Niby zadowoleni na samym początku są. Ci, którym podniesiono wypłatę. Ale ilu jest takich, którzy traci pracę albo przechodzi w szarą strefę. A na koniec ile na tym de facto straci w końcu państwo. Nikt tego nie policzy…

W systemie idealnym nikt nie potrzebowałby pracować w szarej strefie. W systemie idealnym nikt nie musiałby oszukiwać państwa. Ale nasze (i nie tylko nasze) państwo jest pazerne. Ostrożne szacunki mówią, że w Polsce szara strefa wytwarza około 25% Produktu Krajowego Brutto (a średnia europejska to 15%). Gdyby to wszystko dało się opodatkować rząd Tuska nie musiałby się bać o to skąd pożyczać pieniądze na łatanie dziury budżetowej. Miałby nadwyżkę. I to sporą. Ale niestety to nie jest łatwe. Zwłaszcza jeśli się daje namówić na podwyżki płacy minimalnej. To prosta droga do powiększenia szarej strefy, a nie jej zmniejszenia. Inna sprawa, że trudno jest policzyć ile ta szara strefa wytwarza. Jednym ze sposobów, żeby ją ocenić byłoby uniezależnienie ubezpieczenia zdrowotnego od pojawiania się w Urzędzie Pracy. Znaczna część pracy urzędników tamtejszych to osoby ewidencjonujące bezrobotnych zgłaszających się tylko po to, żeby nie stracić ubezpieczenia medycznego. Jakby oni nie musieli tego robić, to by się okazało rzeczywiście ile osób szuka pracy, a ile tego nie robi. I w końcu urzędnicy mogliby się zająć ich podstawowym zadaniem – czyli szukaniem im pracy. Druga sprawa, którą można by szarą strefę ograniczyć to uelastycznić zasady zatrudniania. Zwiększyć ilość umów na czas określony z trzech – najlepiej do nieskończoności. Powinno się też ułatwić zatrudnianie i zwalnianie ludzi. To nie zwiększy bezrobocia w jakimś zastraszającym stopniu. Ale pracodawcy będą mogli reagować bardziej elastycznie na ich potrzeby. I będzie szansa, że będą zatrudniali także osoby, które są obecnie na bezrobotnym. Teraz mają ręce zbyt niejako skrępowane. Powinno się też określić zasady zatrudniania przez internet, umożliwić pracę na godziny. Ułatwić zatrudnianie kobiet z dziećmi – tak jak to jest za granicą. W Anglii jest możliwe pracowanie na pół etatu i wychowywanie dziecka. To powinno być możliwe i w Polsce. Wtedy powolutku można by ograniczać szarą strefę.

Artur Pomper